Stefania Stadnicka née Woroniecka (1886–1963)
Stefania née Woroniecka, wife of Adam Stadnicki, was born on September 14, 1886 in Bielice near Warsaw, on the estate of her parents, Maria née Mańkowska and Paweł Woroniecki. She had three siblings: two brothers, Ludwik and Kazimierz, who died without heirs, and a sister Maria, who after the death of Kazimierz (Ludwik died at age sixteen) married Tadeusz Kumanowski. Her upbringing was simple and modest. The children were educated at home, as was customary at the time, especially since Russian was the language of instruction in schools — this was Russian-occupied territory, and the manor houses were centers of Polishness. As a young woman Mother taught village and farmstead children Polish.
As a young woman she studied singing in Kraków with the famous teacher Mr. Reszke, and had a wonderful voice (alto). When she married Adam Stadnicki in 1910 she gave up singing and devoted herself to her husband, the children, and running a large household. In the ten years from 1910 to 1920 she bore seven children; the youngest son, Paweł, was born in 1925. Two daughters, Maria and Jadwiga, were born in Nawojowa. Then, when the First World War broke out in 1914, our parents took us to the fine estate of Frain a/d Thaya (Czech Vranov nad Dyjí), then still in Austria and today on the Czech–Austrian border. The Russian-Austrian front passed through Galicia not far from Sącz, but the palace in Nawojowa was not damaged. My father came whenever he could, but for all four years of the war he served as a Knight of Malta on trains carrying wounded from the front to hospitals in the rear. When he had a few days free he would appear at Frain, and sometimes my mother would go to him in Vienna. The house at Frain was then full of refugees from Poland, for our parents invited them in. For almost two years the Witold Czartoryskis stayed there with their large family. The running of the household and the provisioning of house and kitchen therefore fell to my mother. She even went into the forest to hunt game for meat. In 1914–1916 [sic; 1917] three daughters were born—Helena, Anna (Danusia), and Stefcia. In 1918 we returned to Nawojowa. Mother was an expert in the garden and in beekeeping, so with good staff everything ran excellently. In the crisis years the parents did what they could so the farm would not fail; they introduced economies, and although sons Józef, Andrzej, and Paweł were born, the estates came through intact until better times. They raised eight children, educated them, and helped the people of the neighborhood in hard times and misfortune. Before the war they married off two daughters, and a third during the war, in 1940. Under the German occupation Nawojowa was a shelter for many expelled from the so-called Reich — that is, the Poznań region — and, most important, a crossing point for those going abroad to join the Polish army and the Allies. Never fewer than twenty people sat at table, and the whole provisioning of those crowds was on our mother’s head. She was also president of the RGO (Central Welfare Council) in Nowy Sącz: the heart and mind of that organization, sending food parcels to POW camps and prisons. She went to Sącz by horse, cars having been requisitioned at the start of the war. The whole younger family in the house was in the resistance. Józio, though paralyzed, was commander of the outpost and had a hidden radio transmitter with which they spoke to London. Mother knew everything and helped, hiding compromised (“blown”) partisans under false names, and even helping to make homemade bombs. The Germans searched the house several times, suspecting it was an AK center, but they never found anything. Toward the end of the war the sons had to go into hiding, because a price was set on Józio’s head. And no one was found who would betray him.
In 1945, when the Germans fled and the Reds arrived — that is, the Russian army — they forced our parents to leave the palace. Land reform took effect, and like everyone else they lost the estate and the work of a lifetime. What could be saved was taken to Krynica, and there in the Villa Miła they made a home where our Bunia, Helena Stadnicka, lived for a time. The parents spent several hard years at Frain, were driven out of there as well, still in the Czech lands, and in 1950 returned to Poland. They lived with the Antosie (the Mańkowskis) in Osola, then on their own; in winter they went to Kraków, to the Pawełs’ apartment. In 1960 their son Józio died in a motorcycle accident, and from that time Mother slowly declined. She died on January 18 [sic; January 19], 1963 in Kraków, and was buried in the family vault in Nawojowa.
Stefania z Woronieckich Adamowa Stadnicka urodziła się 14 września 1886 roku w Bielicach pod Warszawą, w majątku Rodziców, Marii z Mańkowskich i Pawła Woronieckiego. Miała troje rodzeństwa, dwóch braci Ludwika i Kazimierza, zmarłych bezpotomnie, i siostrę Marię, która po śmierci Kazimierza (Ludwik zmarł mając 16 lat) wyszła za mąż za Tadeusza Kumanowskiego. Wychowanie było proste i skromne. Dzieci kształciły się w domu jak to było we zwyczaju, tym bardziej że w szkołach obowiązywał język rosyjski bo to był zabór rosyjski i dwory były ośrodkami polskości. Mama jako panna uczyła dzieci ze wsi i folwarków po polsku.
Jako dorastająca panna uczyła się śpiewu w Krakowie u sławnego nauczyciela p. Reszke, miała bowiem wspaniały głos (alt). Jednak, gdy w 1910 roku wyszła za mąż za Adama Stadnickiego zrezygnowała ze śpiewu i poświęciła się wyłącznie mężowi, wychowaniu dzieci i prowadzeniu dużego domu. W ciągu 10 lat (od 1910 do 1920) urodziła siedmioro dzieci, najmłodszy syn Paweł przyszedł na świat w 1925 roku. Dwie córki Maria i Jadwiga urodziły się w Nawojowej, poczym gdy wybuchła pierwsza wojna światowa w 1914 roku, rodzice przewieźli nas do wspaniałego majątku wówczas jeszcze w Austrii, a dziś leżącego na granicy Czech i Austrii, do Frainu a/d Thaya, po czesku Vranov na Dyji. Front rosyjsko-austriacki przechodził przez Galicję niedaleko Sącza, ale pałac w Nawojowej nie został uszkodzony. Mój ojciec jak tylko mógł to tam dojeżdżał, ale przez całe 4 lata wojny służył jako Maltańczyk na pociągach przewożących rannych z frontu do szpitali na zapleczu. Gdy miał kilka dni wolnych to zjawiał się we Frainie, a czasem moja matka dojeżdżała do niego do Wiednia. Pałac fraiński pełen był wtedy uciekinierów z Polski, bo rodzice zapraszali ich do siebie. Tak przez prawie dwa lata mieszkali we Frainie Witoldowie Czartoryscy z liczną rodziną. Na moją matkę spadł więc obowiązek utrzymania gospodarstwa i zaopatrzenia domu i kuchni. Chodziła nawet do lasu by upolować zwierzynę na mięso. W latach 1914 do 1916 [sic; 1917] urodziły się trzy córki, Helena, Anna (Danusia) i Stefcia. W roku 1918 wróciliśmy do Nawojowej. Matka znała się doskonale na ogrodzie, pszczelarstwie więc przy dobrym doborze personelu wszystko doskonale funkcjonowało. W latach kryzysu rodzice robili co mogli by gospodarka nie upadła, wprowadzono oszczędności i choć na świat przyszli synowie Józef, Andrzej i Paweł, majątki bez uszczerbku doczekały lepszych czasów. Wychowali 8 dzieci, wykształcili, pomagając ludności okolicznej w trudnych czasach i nieszczęściach. Przed wojną wydali za mąż dwie córki, a trzecią już w czasie wojny w 1940 r. W czasie okupacji niemieckiej Nawojowa była przytuliskiem wielu wysiedlonych z t.zw. Reichu czyli poznańskiego, a najważniejsze była punktem przerzutowym dla tych którzy przechodzili za granicę by połączyć się z wojskiem polskim i aliantami walczącymi z Niemcami. Do stołu nie siadało wtedy nigdy mniej niż 20 osób, i cała aprowizacja, i utrzymanie tych tłumów była na głowie naszej matki. Prócz tego była prezeską RGO w Nowym Sączu, była sercem i mózgiem tej organizacji wysyłając paczki żywnościowe do obozów jenieckich, do więzień. Do Sącza jeździła końmi, bo samochody zaraz na początku wojny zostały zarekwirowane. W domu cała rodzina młoda była zaangażowana w ruch oporu. Józio, choć sparaliżowany został komendantem placówki i miał ukryty aparat radiowy nadawczy, którym porozumiewali się z Londynem. Matka o wszystkim wiedziała, i pomagała, przechowując „spalonych" partyzantów pod fałszywymi nazwiskami i sama pomagała robić domowe bomby. Niemcy przeprowadzali kilkakrotnie rewizje, bo przeczuwali, że nasz dom to centrum AK, ale nigdy nic nie znaleźli. Przy końcu wojny synowie musieli się ukrywać, bo za Józia wyznaczono nagrodę dla tego, kto go wyda. I nikt taki się nie znalazł.
W 1945 r. gdy Niemcy uciekli a przyszli czerwoni, czyli wojska ruskie, zmusili rodziców do opuszczenia pałacu. Zadziałała reforma rolna i jak wszyscy stracili majątek i cały dorobek życia. Co się dało uratować to wywieźli do Krynicy i tam w willi Miłej urządzili mieszkanie w którym jakiś czas mieszkała nasza Bunia Helena Stadnicka. Rodzice spędzili kilka ciężkich lat w Frainie, potem stamtąd wyrzuceni jeszcze w Czechach i 1950 r. wrócili do Polski. Mieszkali z Antosiami Mańkowskimi w Osoli, potem sami, na zimę jeździli do Krakowa do mieszkania Pawłów. W roku 1960 zginął w wypadku motocyklowym syn Józio i od tej pory Mama powoli gasła. Zmarła 18 [sic; 19] stycznia 1963 roku w Krakowie, pochowana w grobowcu rodzinnym w Nawojowej.