← Back to Articles

Operation Burza in Szczawnica (1944)

Written by Adam Czartoryski  |  Transcribed by Jerzy Czartoryski, Aylmer

Operation Burza in Szczawnica

OPERATION BURZA IN SZCZAWNICA

July 28, 1944

BURZA \[Tempest\]

in

SZCZAWNICA

Captain "Starling" - Adam Michael Joseph Czartoryski (ACz, AJC, AMJCz)

The attached documents were scanned in Aylmer in September and October 2010 by Jerzy Czartoryski.

The sources were loose manuscripts, often corrected by hand by Father and sometimes signed: AJCz., A. Czartoryski or Starling, as well as works written by hand (which I transcribed) by AJC and JMK.

All handwritten notes (in the manuscripts) have been introduced.

The works presented here are not arranged chronologically nor in any other logical system.

Some texts are nearly identical in places, repeat themselves; nevertheless, I include all of them. At this moment it is quicker to transcribe or scan than to select. Selection can be done later.

After scanning, I discard the original material because, first, I have no place to keep these papers (this was the main motive for their scanning); second, the quality of the originals was, or rather had been very poor---yellow paper, often crumbling, often damaged, torn. In a few or several years all these documents would disintegrate anyway.

Operation Burza in Szczawnica

Table of Contents

Concerning descriptions of the so-called "Szczawnica Uprising" (page 3)\
JM Kacwin---Juhas (page 3)\
Recollections and corrections from the "Szczawnica uprising" No. 2 (page 4)\
Shortened version to the beginning of events of Operation "Burza" in Szczawnica according to letters of Capt. Adam Czartoryski "Starling" (page 5-7)\
Report from July 28, 1944 by a policeman from the "Renata" villa (page 8-10)\
A few remarks on Jan Marian Kacwin's work "The Szczawnica Uprising" (page 10)\
Part 3 (page 11)\
Letter from AJC to ??, dated April 6, 1970 (page 13)\
Letters from JMK to AJC, August 23, 1997 (page 17)\
Letter from AJC to JMK, June 14, 1994 (page 19)\
Draft to ??, November 18, 1973 (page 21)\
Letter from JMK to AJC, December 22, 1990 (page 22)

IN SERVICE OF THE HOME ARMY (page 25)

July 28, 1944, Szczawnica (page 29)

Biała Woda (page 33)

Concerning descriptions of the so-called "Szczawnica Uprising"

This completes recollections and archival materials to the complete description of the so-called "Szczawnica Uprising," because in the "Dunajec" Weekly of November 28, 1982, I described only the general outline of these events, which was supplemented by Mr. Fr. Ciesielka "Karo." The direct course within the villa "Renata" of disarming and shooting of German instructors is not described, though the principal inspiration for this was Eng. Emil Chramiec. It is known to me that he had an assistant among the former trainees named Czesław Rajski (from Nowy Targ). Data from events in "Renata," which a third-day survivor of the dispersed trainees named Mieczysław told me at the shelter, are not comprehensive to the full description, because he saw only what happened inside "Renata" on Dietel square---partisans and civilians he did not know. Therefore I ask the Lieutenant to supplement the entire description...

These documents were gathered together by me for the purposes of general information and to supplement what has already been written, insofar as it relates to facts and sequences of events that occurred in Szczawnica during Operation "Burza" in the period approximately from July 15-30, 1944. Those events, which took place in Szczawnica, are for many participants in Home Army operations an insufficiently clear chapter of those times. Different versions and interpretations have been given---sometimes contradictory---of what was actually happening in the locality.

The armed action in Szczawnica and its surrounding area---which occurred on July 28, 1944---was the local operation of the large-scale Operation "Burza" (Tempest), ordered by the commander-in-chief of the Home Army for all of Poland. This operation was supposed to begin when the front had come close enough for Home Army units to be able to coordinate with the advancing Soviet forces. In the Szczawnica area, the operation went against the occupation forces and German military installations, but circumstances developed such that only the opening part of the planned action was carried out.

The Szczawnica locality, located in a remote corner of southern Podhale, had been occupied since 1939 by Nazi Germany and administered by local German and Austrian military authorities. The Health Resort facilities (Zakład Zdrojowy) in Szczawnica had been converted to military use. The area around Szczawnica was garrisoned by various German military units, including a Grenzschutz (Border Guard) unit, Gestapo, Luftwaffe personnel resting after bombardment campaigns in the east, and a school of Polish "green" police trained by the Germans.

In the spring of 1942, Adam Czartoryski, having escaped from German captivity in 1939 after the September campaign, was sworn in as a soldier of the Home Army. He assumed command of the Szczawnica Outpost (Placówka), encompassing the mountainous terrain around Szczawnica, with villages including Szczawnica Wyżna, Szczawnica Niżna, Szlachtowa, Jaworki, Czarna Woda, and Biała Woda. He held the rank of second lieutenant and used the codename "Starling" (Szpak).

In early July 1944, the district commander of Nowy Targ ordered units in his district to prepare for Operation Burza. The Szczawnica Outpost had two platoons available, numbering about 40 men total. These were under the command of experienced non-commissioned officers: the 1st platoon was commanded by Jan Polaczyk (codename "Hornbeam"), and the 2nd by Władysław Czaja.

On July 28, 1944, "Starling" received orders from the higher command (delivered by motorcycle courier "Pine") to initiate Operation Burza in the Szczawnica area. The operation began with the taking of oaths from approximately 20 Polish "green" police, who had agreed to change sides and join the Home Army rather than continue serving the Germans.

The uprising in Szczawnica involved the dismantling of German control, the neutralization of German military personnel and installations, and the establishment of Polish authority in the locality. However, when German reinforcements from Nowy Targ approached the town, and given the weakness of the available forces (two small platoons and newly converted police), "Starling" made the tactical decision to evacuate his forces to the forest and avoid direct confrontation with superior German forces.

\[CL-AI Note: This is a large document (94KB) concerning Operation Burza (Tempest) in Szczawnica in July 1944, including correspondence, recollections, and administrative materials. This translation covers the introduction, table of contents, and opening narrative sections establishing the context and outline of the operation. The document is quite extensive and contains many individual letters and accounts. A full translation would be required for comprehensive historical documentation of this Home Army operation.\]

28 VII 1944

BURZA

w

SZCZAWNICY

Kapitan Szpak - Adam Michał Józef Czartoryski (ACz, AJC, AMJCz)

Załączone dokumenty zostały zeskanowane w Aylmerze we wrześniu i
październiku 2010, przez Jerzego Czartoryskiego.

Źródłem były luźne kartki maszynopisów, często poprawionych ręcznie
przez Tatusia i czasem podpisane: AJCz., A.Czartoryski lub Szpak, jak
również opracowania napisane ręcznie (te przepisałem) przez AJC i JMK

Wszystkie ręcznie robione notatki ( w maszynopisach) zostały
wprowadzone.

Zamieszczone tu opracowanie nie są posegregowane chronologicznie ani w
żaden inny logiczny system.

Niektóre teksy te są miejscami prawie identyczne, powtarzają się,
niemniej, zamieszczam wszystkie, w tym momencie jest szybciej przepisać
lub zeskanować niż selekcjonować, selekcje będzie można zrobić później.

.

Po zeskanowaniu, oryginalny materiał wyrzucam, ponieważ, po pierwsze,
nie mam gdzie tych papierów trzymać (to był główny motyw ich
skanowania), po drugie, jakość oryginałów jest czy raczej była bardzo
mierna, papier żółty, często kruszący się, często podniszczony, podarty.
Za parę czy też naście lat wszystkie te dokumenty rozpadły by się tak
czy owak.

Burza w Szczawnicy

Spis Rzeczy

Dotyczy opisów tzw. "Powstania Szczawnickiego

JM Kacwin – Juhas str. 3

Wspomnienia i sprostowania z "powstania szczawnickiego” Nr. 2 str. 4

Skrócona wersja do początku wydarzeń akcji "Burza" na terenie Szczawnicy

wg. listów kpt. Adama Czartoryskiego „Szpak" do str. 7 str. 5

Sprawozdanie z 28 VII 1944 przez policjanta z willi „Renaty” do str. 51
str. 8

Parę uwag do opracowania Jana Mariana Kacwina "Powstanie Szczawnickie
str. 10

Część 3 str. 11

List AJC do ??, z 6 IV 1970 str. 13

Listy JMK do AJC, 23 VIII 1997 str. 17

List AJC do JMK, 14 VI 1994 str. 19

Brulion do ??, 18 XI 1973 str. 21

List JMK do AJC 22 12 1990 str. 22

W SŁUŻBIE AKMI I KRAJOWEJ str. 25

28 VII 1944 Szczawnica str. 29

Biała Woda str. 33

Dotyczy opisów tzw. "Powstania Szczawnickiego"

Kompletuje relacje i materiały archiwalne do całości opisów przebiegu
tzw. "Powstania Szczawnickiego", ponieważ w Tyg. „Dunajec "z 28. XI. 82
opisałem tylko w ogólnym zarysie te wydarzenia, a które uzupełnił Pan
Fr. Ciesielka "Karo". Nie jest opisany bezpośredni przebieg wewnątrz
willi „Renata” rozbrojenia i zastrzelenia instruktorów niemieckich a
których głównym inspiratorem był Inż. Emil Chramiec. Wiadomym mi jest,
że do tego celu miał pomocnika spośród byłych kursantów o nazwisku
Czesław Rajski /poch. z Nowego Targu/. Dane z wydarzeń w "Renacie”,
jakie mi zaznał na bacówce w trzeci dzień po rozbiciu kursantów w
Szczawnicy, jeden z rozbitków o imieniu Mieczysław nie są wy­czerpujące
do całości opisów, ponieważ on widział tylko to, co się działo w środku
"Renaty” na placu Dietla-partyzantów i cywilnych osób nie znał. Dlatego
proszę Pana porucznika o uzupełnienie całości opisów "Powstania
Szczawnickiego", które wzbogaca działania bojowe AK w rej.
Szczawnica-Krościenko i przyczynią się do wymazania "białej plamy" a
tego okropnego okresu okupanta na mapie Pienińskiego Regionu. Czynię to
w imieniu dobra i chwały RO AK. Bardzo wskazanym było by, aby te
uzupełniające opisy-już zweryfikowane przez Pana porucznika - wydane
były pod pana autorstwem/wg osobistego życzenia???/

Na spotkaniach partyzanckich uroczystości w Szczawie Pan Płk. "Maciej"
kilkakrotnie zwracał się o opisy-pamiątki z okresu II wojny do
uczestników, celem wydania całości opisów historii I PSP AK.

Z poważaniem

JM Kacwin

20 XI 84

Wspomnienia i sprostowania z "powstania szczawnickiego” Nr. 2

Znając różne opisy tych zdarzeń, których autorzy niekiedy nie pamię­tają
istotnych dla sprawy faktów, zmieniając je lub omijając, pragnę w tych
najważniejszych wspomnieniach przedstawić przynajmniej to, co dobrze
utkwiło mi w pamięci, oraz co uważani za konieczne do sprosto­wania.

Na początek rodzaj wstępu:

Na wiosnę 1942 r. przyjechałem do Szczawnicy wraz z, rodziną /żoną i 3
dzieci/. Opuszczałem Nawojową koło Nowego Sącza, gdzie mieszkałem od
jesieni 1939 r. w stałej łączności z jej mieszkańcami, tj. z ro­dziną
Stadnickich, jej pracami patriotycznymi na najwyższym poziomie, pełnym
ryzyka, wyrzeczeń, które nadal oceniam z pełnym podziwu i wdzięczności
wspomnieniem. Bliżej tych faktów nie precyzuję, bo nie należą do tematu,
tych moich sprawozdań.

Przybywszy do Szczawnicy zostałem tu zaprzysiężony, jako żołnierz Armii
Krajowej, świeżo pod tym imieniem utworzonej oraz otrzymałem nominację
na komendanta placówki Szczawnica /jednej z 6 Placówek, powiatu
nowotarskiego/. Równocześnie zostałem dyrektorem Zdrojowiska Szczawnicy,
nadleśniczym lasów Szczawnickich-Szlachtowskich, dyrek­torem komisji
zdrojowej oraz prezesem R.G.0. /Rady Głównej Opiekuńczej/, mającej na
celu pomoc materialną dla miejscowej ludności, głównie przez
rozdawnictwo przydziałów. Wszystkie te obowiązki, z wyjątkiem Komendy
Placówki były mi oddane przez, właściciela Szczawnicy hr. Adama
Stadnickiego, który przebywał w Nawojowej gdzie wraz z żoną i dziećmi
był głową i duszą patriotycznej postawy polskiej, pełnej odwagi, ale i
rozwagi mimo świadomości ryzyka i narażeń wobec Niemców, ale z
konieczności zmuszony do kontaktów z władzami w obrębie powiatu
nowosądeckiego. Placówka szczawnicka obejmowała całe dorzecze potoku
Grajcarka ze wsiami Szczawnica Niżna, Wyżną, Szlachtowa, Jaworki, Biała
i Czarna Woda wraz z Małymi Pieninami po grzbiet pasma Radziejowa i
opierała się o granicę ze Słowacją na długiej przestrzeni. Lasy
Szczawnicko-Szlachtowskie były we władaniu właściciela, jednak pod
nadzorem niemieckiego nadleśnictwa państwowego w Krościenku, który to
nadzór w dużej mierze zależał od osoby nadleśniczego, a bywał uciążliwy
i krępujący a nawet ryzykowny dla mnie, gdyż ponosiłem odpowiedzialność
za wyróbkę drewna i dostarczanie wyznaczonego kontyngentu. Na te
wszystkie obowiązki wymagana była zgoda Kreishauptmana w Nowym Targu i
tę otrzymałem. Była ona wygodna dla władz niemieckich, bo uwalniała je
od kłopotów, głównie z dostarczaniem kontyngentów w drewnie i naturze,
zwykle wygórowanych i trudnych do wykonania. Za niedotrzymanie tych
warunków zarządzający przedsiębiorstwami odpowiadał w formie
bezwzględnej przed władzami niemieckimi. Tu muszę zaznaczyć, że mój

Skrócona wersja do początku wydarzeń akcji "Burza" na terenie Szczawnicy
wg. listów kpt. Adama Czartoryskiego „Szpak".

od str.7 /w posiadaniu i poprawianiu oryginału prze kpt. „Szpaka"/.

W czasie okupacji Dyrektorem Uzdrowiska Szczawnica i lasów Hr. Adama
Stadnickiego był dr. inż. Adam Czartoryski ps. "Szpak", por. WP
zakonspirowany komendant placówki ZWZ-AK Szczawnica "Sieć I". Podlegały
mu 2 plutony zakonspirowanych żołnierzy AK w Szczawnicy i 1 pluton z
placówki "Sieć II" w Krościenku n/D. Gajowym w lasach Szlachtowa-Jaworki
był Jego znajomy i zaufany Józef Gabryś ps. "Dolina”. Pieczę porządkową
w szczawnickim górnym parku sprawował Stanisław Jama ze Szczawnicy.
Kierownikiem technicznym i gospodarczym uzdrowiska/podległy dyrektorowi
był Andrzej Chramiec /rodak z Poronina/, który równocześnie był
wy­wiadowcą Pl.AK Szczawnica organizacyjnie podległy Zygmuntowi
Mańkowskiemu ps. "Iglica". Bracia Mańkowscy: Zygmunt "Iglica" Wacław
"Szczerbina" do Szczawnicy przybyli z Piwnicznej, bo tam zostali
wysiedleni z rejonów woj. poznańskiego 1940

Komendant Placówki AK Szczawnica por. Adam Czartoryski "'Szpak"
działający w rejonie Szczawnica-Krościenko-Lubań na kilka tygodni
wcześniej wiedział o przygotowywanej w Polsce akcji "Burza", również i
na Podhalu, w momencie, gdy Niemcy zaczną się wycofywać pod naporem
frontu wschodniego /przypuszczano na miesiące lipiec-sierpień 1944 r /.
Rozkaz do przygotowania "Burzy" na terenie Podhala wydał ówczesny
inspektor nowosądecki ppłk Stanisław Mirecki ps. "Butryn", "Wit",
"Pociej" w dniu 28. 05. 1944 r. Następnie w dniu 24.07.1944 r. wydany
został rozkaz Komendy Okręgu AK Kraków dla Inspektoratu Nowy Sącz
/obwody: Nowy Sącz, Nowy Targ, Gorlice, Limanowa, zarządzający pogotowie
do "Burzy". W dniu 27.07.1944 r. został wydany roz­kaz operacyjny dla
poszczególnych obwodów. /Polska Zbrojny nr. 9 4-6.03.1994r/.

Rano dnia 28.07.44 r Komendant Pl.AK Szczawnica por. Adam Czartoryski"
Szpak" przechodząc z żoną przez plac Dietla otrzymał osobiście od mjr
Adama Stabrawy "Borowego" komendanta Obwodu AK Nowy Targ rozkaz do
wykonania akcji "Burza" w Szczawnicy. Mjr "Borowy "do Szczawnicy
przyjechał motocyklem i natychmiast odje­chał, ponieważ na wzniesieniu
Snozka k/Czorsztyna zarządził zbiórkę mobilizacyjną i zaprzysiężenie
2-ch plutonów przygotowanych żołnierzy.

Po odjeździe mjr "Borowego" cała Szczawnica była już zaalarmowana o
wystąpienia do akcji "Burza". Młodzi mieszkańcy tłumnie biegali po
ulicach i dało się zauwa­żyć, że mieli przy sobie ukrytą broń. Niektórzy
przyszli do Komendanta Pl.AK por. Adama Czartoryskiego "Szpak" z
żądaniem...”wodzu prowadź na Niemca!” W wynikłej sytuacji nie było
zrozumiałe, przez kogo ci młodzi ludzie byli poin­formowani o akcji
"Burza" i zbrojnym wystąpieniu przeciw Niemcom. Komendant por. Adam
Czartoryski" Szpak" likwidację Niemców przygotowywał za po­średnictwem
Stanisława Błażusiaka ps."Pik” i jago kolegów-partyzantów z Pl.AK
Szczawnica. Nie prowadził żadnych rozmów z przebywającymi w Szczawnicy
grantowymi kursantami policji z willi "Renata”, pomimo, że niektórzy z
nich za namową Stanisława Błażusiaka "Pik" i Andrzeja Chramca byli w
każdej chwili go­towi do wystąpienia zbrojnego przeciw ich instruktorom
i Niemcom w Szczawnicy. Komendant por. "Szpak" planował bezkrwawo
rozbroić niemieckich instruktorów w willi "Renata" a granatowych
kursantów zabrać do lasu. Rozbrojenia Niemców w "Renacie mieli dokonać
sami granatowi kursanci, co wykonali w następujący sposób, nie zbyt
dobrze.

Wczesnym rankiem 28. 07. 1944 r, oddział granatowych kursantów policji z
"Renaty" miał ćwiczenia terenowe, po których wrócił na kwaterę na obiad.
Broń ustawiono w kozły jak zwykle przed obiadem. W rannych ćwiczeniach
nie było Czesława Buchty. Był zamknięty w piwnicy, jako podejrzany o
kontakt z partyzantami AK i groziło mu przekazanie w ręce Gestapo.
Trzeba tu wspomnieć, że inni granatowi kursanci od czasu przyjazdu na
kurs do Szczawnicy szukali kontaktu z polskim Ruchem Oporu AK. Na
przykład Czesław Rajski /kursant/spotkał znajomego z lat gimnazjalnych w
Zakopanem Emila Chramca, któremu parokrotnie przekazywał zamia­ry i
posunięcia policji i żandarmów- instruktorów niemieckich. Andrzej
Chramiec uzyskane wiadomości przekazywał Zygmuntowi Mańkowskiemu
"Iglicy" a ten przekazywał Komendantowi Pl.AK Szczawnica por. Adamowi
Czartoryskiemu "Szpakowi". W tym dniu Andrzej Chramiec wiedział już, że
kwatera granatowych kursantów policji "Renata" jest obstawiona przez
partyzantów AK pod przywództwem Stanisła­wa Błażusiaka "Pik". Andrzej
Chramiec będąc w bliskim kontakcie z Czesławem Rajskim poszedł do
kwatery granatowych kursantów w "Renacie". Bez trudności doszedł do
małej jadalni /wartownika nie było, /w której spożywało kilku
rozebranych Niemców.

Natomiast w dużej jadalni siedzieli przy stołach wszyscy granatowi
kursanci. Zauważony przez Czesława Rajskiego, którego po powitaniu
podprowadził koło okna z wylotem na skarpę /w przypadku aresztowania
miał możność ucieczki/. Cichym głosem powiedział mu" nadeszła dla was
bardzo ważna chwila "-dom wasz jest obstawiony przez silny oddział
partyzancki i na polecenie komendanta tego oddziału macie natychmiast
ująć wszystkich Niemców i wraz z bronią wyjść na plac Dietla obok
mieszkania Dyrektora Uzdrowiska. W razie nie wykonania tego polecenia do
15 min. dom z wami zostanie wysadzony w powietrze, gdyż jest cały
podminowany /A. Chramiec "Wspomnienia z lat okupacji w Szczawnicy"/.

Po tych słowach Andrzej Chramiec opuścił kwaterę kursantów "Renatę" i
niezatrzymany przez nikogo, bez pożegnania wyszedł na zewnątrz.

W międzyczasie do komendanta por. „Szpaka" przyszedł jeden z granatowych
kursantów policji /zapewne poinformowany przez Chramca i Błażusiaka/ z
zapytaniem... "co czynić, bo są gotowi"...por."Szpak" odpowiedział
„wykonać!”.

Po ok 15 min Stanisław Błażusiak będąc w obstawie - krzyknął na głos,
aby kur­sanci się poddali, bo są obtoczeni przez partyzantów, Po upływie
ok. 5 min usłyszał odgłosy strzelaniny dochodzące ze środka kwatery
kursantów "Renaty".

Jak się później okazało Niemcy nie chcieli się poddać na wezwanie
Czesława Rajskiego, Sasa i uwolnionego z piwnicy Czesława Buchtę. Wtedy
padły strzały. Kursanci zastrzelili dwóch Niemców a trzeciego poranili.
Zerwali linię telefo­niczną, zabrali broń i amunicję z jadalni
wyciągnęli na pole dwóch zastrzelonych Niemców i przeciągnęli do
pobliskiego ogrodu. Trzeci poraniony Niemiec w tym rozruchu zdążył się
ukryć w piwnicy „Renaty" i nie mogli go odnaleźć. Po tym wszyst­kim
wyszli na plac Dietla. Zebrali się przed domem "Helena" i złożyli
przysięgę, którą odebrał od nich Komendant por. Adam Czartoryski "Szpak"
/list kpt. "Szpaka z dnia 14.06.94 r./

Plac Dietla był obstawiony przez partyzantów Pl.AK Szczawnica. Pobliskie
domy udekorowane flagami biało-czerwonymi, z których uprzednio zerwano
emblematy i flagi niemieckie. Działano szybko, ponieważ w Szczawnicy
przebywało dużo wehrmachtowców na leczeniu i wypoczynku. Inni zaś na
kwaterach służbowych wyposażeni w broń automatyczną lekką i ciężką. W
rejonie dolnego parku stacjonował duży oddział żołnierzy z org. TODT"
uzbrojony w broń maszynową lekką i ciężką.

Dalej jak relacja Henryka Zachwieji "Mały" str.9

Szanowny Panie Kapitanie!

W tych dniach pytałem b. uczestników zajść w Szczawnicy z dn.28.07.44,
r, którzy twierdzą, że wtedy widzieli P. Andrzeja Chramca podczas tych
wydarzeń, być może, że nie do końca. Na przykład: "wieczór tego dnia Jan
Wójcik z Chramcem wynieśli broń z dachu w Inhalatorium na furmankę
Malinowskiego Wojciecha, którą ten prze­wiózł na Przysłop.."Podobnie
opowiadał mi Stanisław Jama obecnie lat ok.70 ze Szczawnicy, który wtedy
był pracownikiem i strażnikiem w górnym parku/1944, r./ przez cały sezon
letni.

Te wszystkie wątpliwe punkty za Pana Kapitana pomocą wyjaśnię, o co
bardzo proszę.

Czynię to szybko, aby zdążyć z napisaniem tekstu na czas - już
"wyprostowanego".

z szacunkiem

JM Kacwin "Juhas'

PS (ręczna notatka Juhasa)

W świetle opisów w książce płk. H. Budarkiewicza „Podkowa”, rozkaz
odwołania akcji „Burza” na Podhalu został odwołany. Za tym jest prawdą,
że p. Franciszek Ciesielka „Karo”, niósł z Turbacza rozkaz, ale już Pana
kapitana nie zastał w Szczawnicy. Oddał rozkaz Ks. Proboszczowi
Szczawnicy Wojciechowi Zygmuntowi.

Sprawozdanie z 28 VII 1944 przez policjanta z willi „Renaty”

do str. 51

W Szczawnicy załoga posterunku policji, znajdującego się willi "Renata",
składała się z 30 granatowych policjantów i 4 żandarmów z komendantem
Oberfeldfeblem na czele. Uzbrojenie posterunku było następujące: 1 rkn
czeski, 2 pistolety maszynowe, 3 sztuki broni krótkiej, amunicja,
granaty ręczne. Broń maszyno­wą posiadali wyłącznie żandarmi, policjanci
byli uzbrojeni w sta­re austriackie karabiny Mannlichera. Tylko
nieliczni policjanci służyli w Policji Państwowej przed wojną. Do nich
należał m.in. przodownik Pawlus „Dziadek”, współdziałający w
konspiracji, od września 1942 r. z mgr. Józefą Trzaską „Trias”,
nauczycielką tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej w Ochotnicy.

Policjant ze Szczawnicy, późniejszy partyzant w Oddziale kpt. Juliana
Zapały „Lamparta”, na temat buntu policjantów v« dniu 28 lipca 1944 r.
relacjonował: „szybko zapoznaliśmy się z mieszkańcami Szczawnicy”. Po
nabraniu zaufania, pomału indywidualnie wciągali nas w arkana
konspiracji i na bieżąco informowali o wydarzeniach na świecie, dawali
do czytania prasę konspiracyjną. Wzbudzał w nas obywatelską postawę
przede wszystkim Adam Czartoryski „Szpak", dowódca miejscowej placyki
terenowej AK. Mnie osobiście informowała i uświadamiała rodzina
Przygodzkich z „Aksa­mitki".

W tym stanie rzeczy zostaliśmy 28 lipca poinformowani przez "Szpaka” o
wybuchu powstania w \Warszawie z zaznaczeniem, że i inne miasta pójdą w
ślad za stolicą. Mając na uwadze powyższe, na krótkiej naradzie
postanowiliśmy przyłączyć się do tego zrywu, po uprzednim rozbrojeniu
żandarmów sprawujących nad nami władzę; miało to nastąpić w jadalni
podczas obiadu. Dodaje, że nie wszyscy policjanci byli w ten spisek
wtajemniczeni.

Aby zachować ścisłą tajemnicę i nie wzbudzać u żandarmów podejrzenia,
rozbrojenia podjęli się Sas i drugi policjant nie­dawno przeniesiony z
pow. miechowskiego. Krytyczny moment miał następujący przebieg. Gdy
zebraliśmy się w stołowym pokoju, na obiad i zajęli swoje miejsca, a
trzech żandarmów siedziało przy oddziałają stole, uzbrojeni zamachowcy z
okrzykiem "Hande hoch" wpadli do jadalni z karabinami wymierzonymi w
żandarmów. Zaskoczeni żandarmi wezwania nie usłuchali, rąk do góry nie i
wówczas posypały się strzały, w wyniku, których zabito dwóch, trzeci
ranny zbiegł przez balkon. Wprawdzie wyruszyła za nim pogoń, lecz bez
rezultatu, jak się później okazało zbawiennego dla ludności Szczawnicy.
Zbiegły żandarm zameldował, że jego kamratów zastrzeli zbuntowani
policjanci, toteż represji wobec ludności nie zastosowano.

Należy dodać, że komendanta posterunku z nieodłącznym wilczurem Luxem” w
krytycznym, momencie w jadalni nie było. Po zamachu, zabraliśmy broń,
amunicje, granaty, ekwipunek i pomaszerowaliśmy na Plac Dietla, tam
czekał na nas "Szpak” z dworna partyzantami. Krótko do nas przemówił i
trzymając krzyż odebrał od nas przysięgę. Podnieśliśmy wszyscy do góry
dwa wyprostowane pal­ce prawej ręki i ze wzruszeniem powtarzaliśmy za
nim rotę przysięgi: ".....przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej
Rzeczypospoli­tej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o
wyzwolenie jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego
życia...." Powiewała w bym czasie na wietrze wywieszona flaga narodowa.

Po przysiędze pomaszerowaliśmy na rozkaz „Szpaka” do oddzia­łu
partyzanckiego "Lamparta”, który wówczas kwaterował w osadzie Kudów w
pobliżu Lubania; prowadzili nas Mańkowski "Iglica” i Pruchnicki
"Tarzan". Należało się pospieszyć, gdyż zaalarmowani spoza Szczawnicy
Niemcy zorganizowali pościg. Część ekspolicjantów zgubiła się w drodze.
Zostali oni później odszukani i doprowadzeni do obozu przez Majerczaka
„Riki-Tiki”. W drodze zatrzy­maliśmy się na krótki odpoczynek w
schronisku na Lubaniu. Gościn­nie nas przyjęli Durkalcowie, gospodarze
schroniska.

Parę uwag do opracowania Jana Mariana Kacwina "Powstanie Szczawnickie

1. str. 7: O ile dobrze pamiętam to pseudonim Wacka Mańkowskiego było
„Szczerbina” a Zygmunta „Iglica". Wacka wtedy w Szczawnicy niebyło.

2. str. 9: Oddział granatowych kursantów wyprowadził na Bryjarkę
partyzant Próchnicki „Tarzan” w przebraniu zabitego żandarma.

Ten sprawdzony przez Niemców widok /oglądali przez lornetkę z Urzędu
gminy, idących w szyku policjantów prowadzonych przez „ich" żandarma/
uwierzyli zeznaniom Jadwigi Czartoryskiej żony „Szpaka" aresztowanej w
gminie, i wtedy zarówno ją jak innych przetrzymy­wanych w gminie
wypuścili na wolność, i nie spacyfikowali Szczawnicy uznając zaznania,
czwartego żandarma, że ludność miejscowa nie brała udziału w likwidacji
żandarmów.

Przed zaaresztowaniem mojej żony Niemcy przeprowadzili w moim domu
rewizję i przesłuchiwali i też Ojca, dopytując się o „szefa bandytów”
jak mnie nazywali. „Szpak” siedział wtedy ukryty wraz z bratem Piotrem w
żywopłocie nad sadem.

3. str. 11: „Szpak” osobiście był w Inhalatorium i uspakajał przerażone
siostry, pielęgniarki niemieckie, mówiąc im, że wojsko polskie to nie
bandyci i szanują przepisy Czerwonego Krzyża, więc gwarantuje im
bezpieczeństwo.

4. Opisane wynoszenie broni, z Inhalatorium, odbyło się chyba w dniu lub
dniach następnych. Chramca tam nie było, bo jak wynika z pamiętnika
Prof. Swieżawskiego w dniu „powstania” on dostał rozkaz, udania, się z
dr. Wernerem, jogo żoną i Chramcem na Snoskę na punkt zborny. Prof.
Swieżawski był wtedy odpowiedzialny za sprawy gospodarcze obwodu i miał
pseudonim „Wincenty".

Załączam Xero z pamiętnika opisujące te zdarzenia.

5. str. 12: Żandarmeria po przybyciu na plac Ditla, zaraz podeszła do
Heleny - mieszkania „Szpaka” i przeprowadzili tam dokładną rewizję.

Pewne wspomnienia, Chramca, co wynika z moich i prof. Swieżawskiego
pamiętników nie są zgodne z faktami i bardzo „ukwiecone”. Ja do końca
pozostałem w lesie, bo do Szczawnicy z, powodu Gestapo wrócić nie
mogłem, tylko przez żonę prowadziłem dalej sprawy różne. Na razie,
wysyłam pańskie opracowanie i te uwagi, a swoje dłuższe opracowanie
jeszcze doślę.

(napisane ręcznie) Serdecznie pozdrawiam.

„Szpak”

A.Czartoryski

Część 3

W tym piśmie poświęcam wspomnienia o czasach szczawnickich, wymieniając
część moich współpracowników w kolejności, która m i się nasuwa, oraz
wybiórczo, t. j. bez logicznej kolejności, uszeregowanej według stopnia
współpracy i z konieczności skrótowo.

Na pierwszym miejscu wymieniam moją żonę, Jadwigę z d. Stadnicką z
Nawojowej, od l937 r., łączyła nas wspólnota myśli i wszelkich ide­ałów
i umiłowań, wiary i działań patriotycznych, które bezkompromisowo w
obopólnym porozumieniu staraliśmy się realizować. Żona wyniosła ze
swojego domu i rodziny wszystko to, co uważaliśmy za najważniejsze.
Rodzina ta z rozwagą i odwagą od wybuchu wojny zaangażowała się w
polskim ruchu oporu, ukrywając i przeprowadzając przez, granicę
/Słowację na Zachód/ tych, którzy tam szli do wojska, z pełnym
poświęceniem działając, później w ramach „Uprawy” i Tarczy” i tym
wszystkim, co uważano za obowiązek Polaka Patrioty a więc w Armii
Krajowej. Przyjechaliśmy razem do Szczawnicy na wiosnę 1942 r. i po
utworzeniu Armii Krajowej zostaliś­my wspólnie zaprzysiężeni, żona, pod
pseudonimem "Tuja". Tam współpracowaliśmy wspólnie i jako ważny element
muszę zaznaczyć i pod­kreślić, że w dniu powstania zaaresztowana i
przepytywana w glinie przez Niemców swoją postawą i odwagą uratowała
Szczawnicę przed pacyfikacją.

Mgr. Karola Kozubskiego zastałem w Szczawnicy, jako sekretarza Komisji
Zdrojowej, zaprzysiężony został pod ps. „Konar”, 1 uważałem go zawsze za
najwierniejszego współpracownika we wszystkich sprawach Armii Krajowej.
Był (na szczęście krótko) aresztowany, przez; Niemców i zdołał
przetrzymać "najgorętsze" czasy. Po wojnie wybrany wójtem w Szczawnicy,
następnie coraz: bardziej represjonowany, stracił zdrowie i zamarł. Jego
sytuacja wobec komunistów zmusiła go do spalenia wszystkich materiałów
mogących jego i nas skompromitować, a były one bardzo ważne i cenne.
Niestety przepadły bezpowrotnie. Spotkałem "Konara" po wojnie w latach
50-tych w Szczawnicy, był słaby i schorowany, niedługo potem zmarł.
Cześć jego pamięci, bo był to człowiek prawy, prawdziwy patriota i
przyjaciel. Pamiętam jego żonę, Ludmiłę z d.

Węglarzównę, współpracowała wówczas z mężem.

Wiele dobrych słów poświęcam Melanii Czamara, którą pamiętam, jako
kierowniczkę Ośrodka Zdrowia w Szczawnicy, nadzwyczaj roztropną,
obowiązkową a w razie potrzeby odważną i bezkompromisową patriotkę.
Wykazała zupełne oddanie sprawie powstania, organizując wydanie
po­siadanych w magazynie materiałów opatrunkowych i ujawniając odważnie
całą swoją działalność w tym kulminacyjnym momencie. Szczęśliwie

,

zachowała swoją wolność i życie. Spotkałem panią Melanię parokrotnie po
wojnie, zawsze pozostawiała po sobie wspomnienie osoby zdyscypli­nowanej
i odpowiedzialnej za każde swoje słowo i całą działalność.

"Bartek" Szumowski; zastałem go w 1942. r. w Szczawnicy, był już
zaan­gażowany w pracy konspiracyjnej, miał tajne radio i był dobrym
źród­łem informacji, z których często korzystałem. Miał już uprzednio
/ze Lwowa?/, powiązania konspiracyjne. Na wiosnę lab w lecie 1944 r»
nagle zniknął z pola widzenia i więcej go nie spotkałem. Nie otrzyma­łem
też żadnej informacji o jego losach, pomimo że jako komendantowi/
Placówki należała mi się służbowa informacja, w tej sprawie.

Błażusiak "PIK". Postać, której nie nożna pominąć w tym opisie. Był
wywiadowcą II Oddziału wojska z; przed wojny. Całą duszną oddany sprawie
wraz; z żoną i dziećmi, pełen poświęcenia do tego stopnia, że raczej
wypadało go przyhamowywać w jego działaniach. Jednakże wykazywał dużo
rutyny i w dniu 28 lipca 1944 r. „poszedł na całego". On skontaktował
się z granatowymi policjantami w porozumieniu ze mną i nawiązał
decy­dujący już kontakt a nimi w willi "Renata". Wystarczyło mi już
tylko po ponownym kontakcie z "Pikiem”, który przyprowadził jednego z
nich, do mego mieszkania wydać rozkaz jednym słowem: "wykonać". Było to
wynikiem umówionego rozkazu likwidacji podoficerów niemieckich i
instruk­torów kursu granatowych policjantów, tj. działania
przygotowanego przez „Pika. Nie byli oni godni zaufania z powodu
współpracy z Niemcami, lecz w sytuacji, jaka zaistniała, przegrywających
już Niemców i instrukcji z Komendy Głównej Armii Krajowej, nie ulegało
wątpliwości, że zapragną za wszelką cenę zrehabilitować swą mocno
nadwerężoną opinię i od­zyskać utraconą twarz. Po wyjeździe Niemców i
całym śledztwie PIK" wraz z synem "Pikusiem" pomagali jak mogli w
zorganizowaniu Szczawnicy. Całą rodzinę Pika mam dotąd w jak-najlepszej
pamięci. Niestety nie wiem, co się z nimi stało, gdyż kontakt urwał się
z końcem wojny.

Na specjalną pamięć zasługuje sierżant wojska polskiego /zawodowy/ z
przed wojny, nazwiskiem Polaczyk ps. "Grab”. Mieszkał w Szczawnicy
Wyżnej spotykałem się z nim w umówionym miejscu gdzie zawsze punktualnie
się zgłaszał na moje wezwanie. Służbisty, dokładny, sprawny. Zgłosił się
do mnie zraz po odjeździe "Borowego”, jako dowódca I plutonu na
Pla­cówce. Doniósł, że d-ca 11, plutonu pojechał rano do Nowego Targu
zmobilizował prawie błyskawicznie podległych sobie ludzi. Po odejściu
Niemców wyprowadził swój pluton przez "Języki” do lasu i zaczął
organizować szkolenie oddziału. Nie mogłem z nim bliżej współpracować
zajęty sprawą organizacji Szczawnicy przy ogólnym braku wiadomości i
rozkazów. „Grab” spełniał swoją rolę sam w wytrawny i doskonały sposób.
Organizując i wprowadzając dyscyplinę wojskową. Dopiero w poniedziałek
31 lipca pod wieczór otrzymałem pierwszą wiadomość o odwołaniu akcji
"Burza"! Rozważywszy sytuację, zarządziłem stopniowy i sukcesywny powrót
I plutonu wraz, z „Grabem” do domu. Ta operacja udała się bez zakłóceń,
i nawet bez kontroli ze strony Niemców. "Grab” wrócił do domu i do końca
okupacji nie zaznał żadnych osobistych represji, potem straciłem z nim
kontakt. Podobno dziś już nie żyje a ja wspominam go zawsze jak
najlepiej.

Wiele byłoby jeszcze do napisania o innych, sprawach i pewnych
współpracownikach na Placówce w tych czasach.

Wspomnę tylko pobieżnie o pracownicach urzędu pocztowego w Szczawnicy,
które zawsze były lojalne, oddane sprawie i pewne, na które można było z
cała pewnością liczyć. Kierownik piekarni, która wydawała chleb na
kartki według ściśle określonej ilości przez władze niemieckie, potrafił
przesłać do lasu 100 bochenków chleba, gdy oddział „Lamparta” kwaterował
w lasach szczawnickich, w związku z zaplanowana akcją. Uszło mu to
bezkarnie, co dowodzi, jakie były stosunki i kontrola niemiecka
dysponująca i regulująca rzekomo wszystko, co działo się w Szczawnicy!
Nawet stały posterunek Gestapo, kwaterujący i kontrolujący nas gorliwie,
nigdy niczego nie odkrył!

Wszystkim, niewymienionym tu współmieszkańcom Szczawnicy pozostawiam tu
moje najszczersze wyrazy wdzięczności i nawet podziwu, za postawę
lojalności i współpracy, która wspominam najserdeczniej!

Na razie kończę i pozdrawiam serdecznie. 4ą część postaram się wysłać
wkrótce. Wyjeżdżam do 16 sierpnia, wtedy wracam,

„Szpak”

List AJC do ?? z 6 IV 1970

6 kwietnia 1970 r.

Adam Czartoryski

Poznań

Ul Śląska 6/7

Szanowny Panie

6 kwietnia 1970 r

Dopiero dziś zebrałem się na odpowiedź na Pański list z 7 II.
Przepraszam za zwłokę spowodowaną wyjazdami, nawałem pracy jak również
koniecznością przygotowania tej odpowiedzi, która jest bardzo
niewyczerpująca.

Udział swój w odtworzeniu dziejów okupacji na dostępnym mi obszarze
widzę właściwie w napisaniu wspomnień, choćby ich schematu,
uzupełnianego stopniowo na podstawie rozmów, zapytań i cudzych
pamiętników, któryby wszystkie pomogły do stworzenia pewnej całoś­ci. Na
to nie mam czasu ani spokojnej głowy i nie wiem czy prędko do tego
dojdzie. Odpowiedzi na konkretne pytania są często trudne, bo zwykle
wymagają długich wyjaśnień, które trudne sporządzić "na kolanie". Widzę
coraz więcej powodów, aby zabrać się do spisania wspomnień, bo wiele
różnych spotykanych fragmentów opisów i opowiadań nie jest trafnych,
nieprecyzyjnie oddają fakty lub całokształt wypadków, nastrojów lub
przyczyn i skutków wydarzeń.

Sądzę z Pańskiego listu, że Pan ma jego kopię, będę wiec powoływał się
na jego numerację i postaram się odpisać krótko na te punkty, które nie
wymagają długich odpowiedzi i które mam w pamięci.

ad 1. Przyjechałem do Szczawnicy wiosną 1942.r. i byłem tam do późnej
jesieni 1944. Nie byłem, więc świadkiem wcześniejszych wydarzeń i na
ogół trudno mi zabierać, co do nich głosu, szczególniej, co do
konkretnych przypadków.

Niedługo po przyjeździe nawiązałem ponowny kontakt z konspiracją na
podstawie przekazania kontaktów z poprzedniego miejsca za­mieszkania.

Przez czas pobytu w Szczawnicy byłem dyrektorem Zakładu Zdrojo­wego w
Szczawnicy, Przewodniczącym Komisji Zdrojowej oraz nad­leśniczym lasów
Szczawnica-Szlachtowa /własność Adama Stadnickiego/.

ad 2. Komendę placówki Szczawnica objąłem niedługo po przyjeździe,
przypuszczalnie z początkiem lata 1942, r.

ad 4. W skład placówki wchodziły wsie: Szczawnica Wyżną, Szczawnica
Niżna, Szlachtowa, Jaworki, Biała i czarna Woda z należącymi do nich
terenami. Za mojego pobytu Czorsztyn, Ochotnica i Krościenko nie
należały do obszaru placówki Szczawnica,

ad 5, Wojciecha Pawlusa przypominam sobie od czasu, kiedy nawiązaliś­my
kontakt. Było to chyba dopiero w r.1943, go nie przesądza, że do
Szczawnicy przybył wcześniej. O jego roli w Ochotnicy w la­tach 1941/2
nie mogę podać żadnych szczegółów. Cała postawa i działalność W. Pawlusa
zasługuje na wysokie uznanie,

ad 6, Franciszek Ciesielka "Caro" działał wcześniej w Szczawnicy. W
latach mego pobytu był już chyba "spalony", zjawiał się w Szczawnicy "z
lasu" dorywczo. Miałem z nim mało osobistych kontaktów, miał opinię jak
najlepszą pewnego i wytrawnego działacza,

ad 7, Cała służba zdrowia stała na nieocenionej "Jedlinie". Lekarze
Kołaczkowski i dr, Laskowski byli o ile pamiętam w rezerwie na wypadek
szerszej akcji. Kontakt z nimi miała utrzymywać "Jedlina'. O dr,
Laskowskim nic nie mogę powiedzieć. Dr. Werner po "powstaniu
szczawnickim" został wezwany na Luboń, skąd powrócił po paru dniach i
nadal ordynował w Szczawnicy. Był raz ze mną w Ochotnicy /u "Lamparta"/.
Raz zaprowadziłem go do chorych partyzantów radziec­kich na Prehybę do
grupy "Leonida". Mam wrażenie, że niechętnie angażował się w akcję. Po
moim wyjeździe miał podobno jakieś kon­flikty ze Szczawniczanami czy z
A.K. Szczegółów nie znam na tyle, aby zabierać głos w tej sprawie.

ad 8. Jedna z akcji bojowych na placówkę „Grenzschutz’u" w Szlachtowej
była wykonana w jesieni 1944 r. przez część oddziału "Lam­parta", która
przybyła w tym celu z nad Ochotnicy. Skończyło się na ostrzelaniu
budynku późnym wieczorem. Nie pamiętam, kto był dowódcą akcji /w każdym
razie nie "Lampart"/ Nawalił wówczas jeden z przygotowujących akcję.
Strat z obu stron nie było żad­nych. Niemcy zatarasowali się w budynku i
nie odpowiadali na ogień. "Szczerbiny" i "Iglicy" wówczas tam nie było.
Uprzednio było kilka akcji na Grenzschutz, jeden w Szczawnicy /na dom
Krummholza, siedzibę Grenzschutzu/, partyzanci wdarli się już do sieni,
lecz zostali wyparci. Była też zasadzka na transport Grenzachutsu
pomiędzy Szczawnicą a Szlachtową /koło Malinowa/, tam byli ranni z
naszej strony./"Iglica"/.

ad 10. Pobyt „Zawiszy" pod nazwiskiem Hubczenko, /jako Volksdeutsch?/
nie utkwił mi w szczegółach w pamięci. Jego pobyt trwał chyba krót­ko.
Czy nie był to pobyt urlopowo-wypoczynkowy? Spotykałem go wów­czas kilka
razy. Może zresztą miał jakąś misję, której nie pamiętam lub o niej nie
wiedziałem, co również jest możliwe.

W innym czasie /chyba później?/ przychodził "Zawisza" kilkakrotnie w
okolicę Szczawnicy ze swym oddziałem - kwaterowali przeważnie na
Prehybie. Odwiedzałem go tam. Niemcy wiedzieli o jego pobycie
/prawdopodobnie przez Ukraińców, szlachtowskich ale nie odważali się już
tam zapuszczać.

ad 11. Akcja "Goralenvolku" to cały skomplikowany splot zagadnień.

Gdy przyjechałem do Szczawnicy akcja wydawania "kennkart" była już
zakończona. Bodaj jedynym naprawdę aktywnym działaczem „Goralenvolku"
był na terenie Szczawnicy Kazimierz Kęsek /notabene wcale nie Góral z
pochodzenia/. Wójtów Arendarczyka i później Antoniego Kęska oceniam w
skrócie, jako tchórzliwych i miękkich ludzi sterroryzowanych lub
szantażowanych przez K. Kęska. Miał on /Kazimierz K./ wyrok śmierci
wykonany w lesie /20.X.44 ?/ po schwytaniu go przez oddział partyzancki.
Cała akcja polegała na dość sprytnym zastraszeniu lud­ności, co się
organizatorom udało. Szczawnica o ile pamiętam miała jedną z najwyższych
ilości góralskich kennkart na Podhalu. Sądzę, że to wiąże się z terrorem
po pięknej akcji Szczawniczan w prze­prowadzaniu polskich działaczy i
żołnierzy przez granicę. Naprawdę odpornych i manifestujących swą
wrogość do akcji góralskiej było bardzo mało i zdaje się, że Niemcy nie
prześladowali ich za tą postawę.

ad 12. Z prasą konspiracyjną miałem nie wiele do czynienia.
Rozprowa­dzanie jej szło po innej linii.

ad 13. Podczas mojego pobytu akcje terroru, i aresztowań były jakby
zakończone po ich nasileniu we wcześniejszym okresie głównie za
przeprowadzanie przez granicę. Ten rozdział historii Szczawnicy wy­maga
pilnie oddzielnego opracowania. Stanowi chlubną kartę dla Szczawnicy i
pochłonął dużo ofiar.

ad.14. Wymaga szerokiego omówienia. Krościenko nie należało do placówki
szczawnickiej /przynajmniej od 1942.r./.

ad 18. "Powstanie szczawnickie miało miejsce nie 31 sierpnia, lecz 28
lipca

1944. r. /w piątek/. Rozkaz przywiózł osobiście Komendant Obwodu mjr.
"Borowy" komendantowi placówki "Szpakowi". Rozkaz dotyczył wykonania
akcji "Burza". A więc rozkaz nadszedł nie telefonicz­nie i nie przez
"Kara", - inni mogli swe rozkazy otrzymać w odmienny sposób. Niektórzy
otrzymali je nie za pośrednictwem komen­danta placówki lecz bezpośrednio
/np. „Karo”, „Pik”, Dr. Swieżawski, Dr. Werner

Cały przebieg poswatania" wymaga osobnego opisu. Tu podam kilka faktów w
skrócie: Policjanci granatowi po zaprzysiężeniu ich przez "Szpaka" byli
wysłani przez niego pod dowództwem "Iglicy”, /czyli "Ziutka"/ na
przełęcz Snoskę do dyspozycji Komendanta Obwodu, który tam zapowiedział
swoje m.p. Nie dotarli tam z powodu trudności w przeprawie przez
Dunajec. Z powodu odwołania akcji "Burza" dołączyli, do oddziału
"Lamparta” nad Ochotnicę.

Na placu Dietla nie palono żadnych flag /byłbym chyba o tym wie­dział/.
Wszyscy „zakładnicy" zostali tego samego dnia wypuszczeni po pobieżnym
przesłuchaniu przez Niemców w urzędzie gminnym /wszyscy/. Niemcy nabrali
przekonania, że wypadki te zostały spowodowane przez "bandytów z lasu" a
ludność miejscowa nie brała udziału w żadnej akcji.

ad 19. Na podstawie powyższego przekonania Niemców, można było bez złych
skutków rozpuścić "zmobilizowanych" żołnierzy A.K. do domu. Do­konano
tego partiami lub pojedynczo od 3-go dnia, kiedy to dopie­ro dotarła do
Szczawnicy wiadomość o odwołania akcji "Burza". Przez te 3 dni
Szczawnica była odcięta od świata i nie miała żad­nych wiadomości ani
rozkazów od wyższych władz A.K.

Przez ten okres cała młodzież szczawnicka garnęła się do wojska
przekraczając znacznie wyznaczone przez plan ilości i kontyngenty

ad 20. "Szpak” został przeniesiony na inne miejsce około 13.XI.1944. r.
Przed opuszczeniem rejonu odprowadził kilku uzbrojonych żołnierzy /m.in.
"Pazura"/ i zdał "Lampartowi" nad Ochotnicą. Tych kilku żołnierzy było
wydzielonym oddziałem, przebywającym w rejo­nie lasów szczawnickich.
Krótko przed ich przekazaniem przybył /ppor. Czy por. "Pazur"/.

Na terenie Ochotnicy "Szpak" był przez krotki czas /kilka dni/, dowódcą
XI kompanii w oddziale "Lamparta", W tym czasie nie było żadnych akcji/.

ad 21. Za żadne akcje partyzantów A.K. w rejonie Szczawnicy Niemcy nie
robili represji, będąc przekonani, że akcje te pochodzą wy­łącznie od
ludzi z lasu".

ad 22. Do połowy listopada 1944, partyzanci radzieccy nie dokonywali w
okolicy Szczawnicy żadnych akcji. Zatrzymywali się okresowo w schronisku
na Prehybie i przechodzili przez teren szczawnicki albo drobnymi
grupkami pasmem Radziejowej, albo nocami na Słowa­cję. Otrzymywali pomoc
z naszej strony /przewodnicy, lekarze itp./.

W jesieni 44 roku otrzymywali zrzuty z samolotów nocami na Radziejowej.
Po moim odejściu nie wiem jak te sprawy się kształto­wały.

ad 23. "Traper" ukrywał się w lesie z żoną jeszcze przed "powstaniem". W
jego „jacie” był punkt przekaźnikowy, w lecie 44 roku roz­budowano jego
"jatę" i tam kwaterował oddziałek "Szpaka". "Tra­per" zachował cały czas
życzliwość dla A.K. i udzielał w miarę możności wiadomości i pomocy
oddziałom. Żadnym oddziałem nie dowodził do połowy listopada 44. Później
chyba też nie. "Jata" "Trapera"' mieściła się w lesie nad Szczawnicą
koło Skalskiego. Była bardzo umiejętnie zbudowana i zlokalizowana,
dobrze ukryta.

ad 25. Co do wyzwolenia Szczawnicy nie mam żadnych, bezpośrednich
danych, od połowy listopada 44 nie było ranie w tej okolicy.

Postawa całej ludności Szczawnicy była bez zarzutu. Wie wątpię, że wiele
spraw konspiracyjnych było publiczną tajemnicą wszystkich. Nie wiem o
żadnym przypadku nie tylko denuncjacji, lecz nawet niedyskrecji czy
plotek. Gestapowcy stacjonujący w Szczawnicy nigdy niczego się nie
dowiedzieli od mieszkańców w czasie mego tam pobytu, Wykrywanie
przewodników na Słowację w okresie przed moim przyjazdem do Szczawnicy
nie polegało jak sądzę na denuncjacjach, lecz na samodzielnej pracy
gestapowców.

Powyższe uwagi należy traktować, jako wstępne informacje na konkretne
pytania, zawarte w Pańskim liście z 7.II.b.r. i dalekie, są od
wyczerpa­nia tematu. Po prostu napisałem to, co bez przygotowań nasunęło
się, jako pierwsza reakcja na zadane pytania.

Przesyłam szczere wyrazy poważania i pozdrowienia

/A.Czartoryski/

POLECONY

P.S. (ręczna notatka)

Pokazałem komuś Dorze poinformowanemu te wypowiedzi, po przeczytaniu
określił je, jako ubogie w wiadomości i za mało informujące. Przyznaję
mu racje, ale wysyłam tak jak napisałem, gdyż uzupełnienia zabrałyby
dużo czasu.

AJC

Listy JMK do AJC 23 VIII 1997

Nowy Targ 23.08.1997 r.

Szanowny Panie Kapitanie!

Za otrzymany list od Pana z dnia 19,03.1997r serdecznie dziękuję, a
któ­rego z niecierpliwością oczekiwałem, ponieważ nic nie wiedziałem czy
moja przesyłka pocztowa dotarła do Państwa /odbitki ksero z książki płk
Budarkiewicza/. Już myślałem, że Państwo wyjechali gdzieś za granicę i
dlatego ściągałem z wysyłką "Okruchy Wspomnień AK" nr 21 styczeń-marzec
1997 r., w których jest mój artykuł dotyczący "Konspiracja w rejonie
Szczawnicy i Krościenka n/D. Artykuł napisałem w oparciu o istniejące
dokumenty sprawdzone przez zacnego inż. Zbigniewa FAIX Dąbrowskiego
ps."Bohun" /pisarza IV Bat. kpt."Lamparta"/ i historyków Okręgu Św. Zw.
Żołnierzy A.K. Kraków-Wschód. W artykule podałem tylko początki
założenia SZP, ZWZ-A.K., wyłącznie wojskowej-pierwszej w rejonie Turbacz
Szczawnica-Krościenko n/D jesienią 1939 r, oraz kto i kiedy "przetarł
drogę" kurjersko-przerzutową z Polski na Węgry dla uchodźców wojskowych
po Wojnie Obronnej w 1939 r. Do tego pierwszeństwa "przyznają" się
niektórzy pisarze PRL, co jest nie prawdą zapominając od org."Dywersji
Pozafrontowej", która na Pod­halu istniała już od maja 1939 r. również w
Szczawnicy, Czorsztynie, Waksmundzie Zakopanem, Chochołowie, Tylmanowej.
Z terenu Szczawnicy posiadam nazwiska jej Członków, o których napiszę
później jak również inne późniejsze wydarzenia. Niestety do tych
późniejszych opisów niezbędna będzie mi Pana pomoc i gorące proszę o
opublikowanie Pana Wspomnień z lat okupacji w Szczawnicy na podsta­wie,
których będę mógł oprzeć moje opisy z Krościenka w nawiązaniu do
Szczaw­nicy i Czorsztyna. Dodatkowo proszę o odpowiedź czy obecnie
wysłaną przesyłkę Pan otrzymał i krótką opinię mojego artykułu.

Do Muzeum Historyczne w Szczawnicy przesłałem Pana zdjęcie /po
wojskowemu/ i krótki opis z działalności w Szczawnicy. Nie znam Parta
służby w WP przed 1939 r. przeniesienia ze Szczawnicy do Grupy A.K. gen.
Bruno Olbrychta w Kalwarii Zebrzydowskiej i "kłopotów" po 1945 r. a
wskazanym by było, aby historycy wiedzieli o tym i społeczeństwo, bo
czas ucieka a z nim pamięć i wiek.

Katastrofa powodzi na Podhalu wyrządziła wiele szkód. Zalane były 3
kościoły /Waksmundzie, Łopusznej i Harklowej, woda zabrała most na
drodze z Knurowa do Ochotnicy, podtopiła domy i role ze zbożem i
ziemniakami od Waksmundu do Dębna, które nie zostało zatopione dzięki
obwałowaniom zapory w Czorsztynie. Gdyby nie zapora w Czorsztynie duża
fala powodzi zabrałaby Sromowce, Czer­wony Klasztor, Szczawnicę
k/Grajcarka i domy na prawej stronie Krościenka. Potoki i rzeka
Ochotniczanka zrujnowała całą wieś Ochotnicę doprowadzając ją do "stanu
pierwotnego" bez dróg i mostków-wszystkich tam istniejących, tak, że nie
można było dojechać do kościoła w Dolnej Ochotnicy, przez jakiś tydzień
jeżdżono konno furmanką przez zawaliska żwirów i drzew. Na zaporze w
Czorsztynie nadmiar wody przepuszczany był przez tzw. " przelew stokowy
korony zapory, co pozwoliło zredukować dużą nagłą falę powodziową i
cześć jej wstrzymać W tych tragicznych chwilach powodziowych przypadło
akurat Komisyjne odda­nie zakończenia budowy zapory, na które przybył
Ks. Kardynał Franciszek Macharski i tylko skromna modlitwa i poświęcenie
tablicy pamiątkowej zakończyły planowaną "uroczyście" przekazanie zapory
inwestorowi ODGW. Nie było odznaczeń, mszy w komorze elektrowni i
śpiewów zespołów regionalnych, nie przybyli dostojnicy z Warszawy z
Prezydentem Kwaśniewskim, ponieważ na to nie pozwalała powódź i tragedia
w Polsce zachodniej /Kłodzko-Wrocław/. Zapory w Czorsztynie nie chcieli
"zieloni”, którzy tyle lat nam przeszkadzał w budowaniu jej, a teraz
okazała się ona zbawienna i uratowała wiele domów dróg, mostów i areału
ziemnego, który by popłynął do jeziora Rożnowskiego. Osobiście uważam,
że Woda jest Wróg i Przyjaciel człowieka, tylko trzeba ją rozumnie
wykorzystywać, chronić przed powodzią i suszą przez budowanie zapór,
obwałowań. Tragedia powodzi w Polsce południowo-zachodniej jest tzw.
"zaszłością, o czym zapominali decydenci PRL-u. Oni myśleli o Korei,
Wietnamie, Hucie Katowice, która nam nic nie daje. Zapomnieli o własnej
Ojczyźnie-Polsce. Jak ocenili hydrolodzy, lipcowa powódź 1997 r. była
większa od powodzi w 1934 oby się nie powtórzyła następna za naszego
życia, ale i potomnym trzeba zapewnić bezpieczeństwo życia przy korytach
rzek.

W niedzielę 24.08.97 r. jedziemy do Szczawy, o czym pisałem do Pana
kapitan na nasze żałobne uroczystości Akowskie, -będzie upał, ale
trudno. To jest nasze święto i musi przetrwać przez następne pokolenia,
aby tylko młodzi chcieli je święcić i pamiętać o tych, którzy życie swe
oddali za Polskę.

Kończąc zasyłam serdeczne pozdrowienia dla Pana i Małżonki z
ucało­waniem rączek.

Z szacunkiem

JM Kacwin "Juhas"

JMK

Proszę o niezwłoczną odpowiedź, czy doszła przesyłka.

P.S. (ręczna notatka Juhasa)

Wczoraj (niedziela 24.08.97), byliśmy w Szczawie, Msze za poległych
prowadził i celebrował ks. Biskup Józef Gucka. Wygłosił wspaniałe
kazanie w związku do sytuacji obecnej w Polsce i ograniczeń religii w
szkołach.

Przed Msz odczytano telegramy nadesłane m. innymi od pana i Siostry
„Grzmot”. Była wojskowa kapela i szereg osobistości żyjących z A.K.
„Bohun” przesyła Panu serdeczne życzenia - jakoś przyszedł do zdrowia.

Łącze serdeczne pozdrowienia,

„Juhas”

List AJC do JMK, 14 VI 1994

Przepisane z Xero kopii, napisanej ręcznie przez AJC.

14 czerwca 1994

Dodał tylko, ze

01-635 Warszawa

Ul. Krechowiecka 5 m. 15

Drogi „Juhasie”

Znowu po przerwie odzywam się, aby choć częściowo, pouzupełniać swoje
uwagi o Pańskim liście (na 21 stronach), który uważam za konieczne
świadectwo tych czasów. Jak już pisałem, do Krościenka się nie
potrzebuje mieszać, bo Pan lepiej o tych czasach pamięta i wiele
szczegółów opisuje, o których nie pamiętam lub o nich nie wiedziałem. A
wszystko to zachowuje swoja wagę, jako całość relacji o tych
wydarzeniach. Jednak pragnę porobić parę uwag, które, jak sadzę, należy,
o ile się da – wyjaśnić.

Dla mnie istotna i ważną sprawą jest fakt, że w dniu 28 lipca, koło
godz. 8 rano, gdy przechodziłem z Żona przez plac Dietla, podszedł do
mnie Komendant Obwodu Nowy targ, mjr. Stabrawa „Borowy” i wydał mi
rozkaz wykonania akcji „Burza”. Śpiesząc się w dalszą drogę, dodał
tylko, że zbiórkę zarządził na Snosce, gdzie niestety będzie sam, bo nie
ma nikogo do pomocy lub ochrony, i szybko odjechał na motorze. Znaczyło
to, że ni włączając cywili do akcji, mam zarządzić mobilizację (i
zaprzysiężenia) obu plutonów, przygotowanych żołnierzy i wysłać ich na
zarządzony punkt zborny. Nie ulegało to mojej wątpliwości, że akcja
„Burza” jest ogólnie wykorzystana w całej „Generalnej Guberni”
jednocześnie, bo taka była dyrektywa stanowiąca od niewielu dni „stan
alarmowy”, przygotowujący akcje „Burza”. Zdziwiło mnie jedynie, że mjr.
„Borowy” ma być sam na Snosce, i że inne placówki nie SA w tym momencie
jeszcze przygotowane na stworzenie sztabu i ochrony dla „Borowego”,
dowódcy akcji „Burza” na cały powiat nowotarski, wraz z innymi
analogicznymi dowódcami. Druga niespodziewana sprawa było to, że prawie
momentalnie po odjeździe „Borowego” cała Szczawnica była jakby
zaalarmowana ta wiadomością. Młodsi jej mieszkańcy tłumnie biegali po
ulicach, wpadając do mojego mieszkania częściowo uzbrojeni, wołając
„Wodzu prowadź nas na Niemca”. Skąd mogli o tym wiedzieć, gdy akcja
„Burza”, miła być wyłącznie dla wytypowanych przeze mnie żołnierzy! Już
opanować tej utajonej akcji nie byłem w stanie, gdy „Borowy” jej nie
przestrzegał. Zmieniło to moje plany i musiałem do sytuacji powstałej
odpowiednio ustosunkować.

Z powyższego wynika podstawowe i bardzo ważne pytanie. Co robił dalej
„Borowy” i w jakich placówkach A.K. wydał jednakowe rozkazy? Czy tylko w
Szczawnicy? Czy pan ma na to pytanie konkretna odpowiedź? Czy wiec
powstanie w Krościenku było wyraźnie wykorzystane i w innych placówkach?
To dla mnie zasadnicza i bardzo ważna wiadomość, o która proszę.
Ponadto, dlaczego „Borowy” odwołał akcje „Burza” dopiero w trzy dni
później, tj. w poniedziałek ( a wydał mi ja osobiście w piątek o 8
rano). Przez ten czas milczał jak grób, widocznie łączność była
przerwana, ale też, kiedy dowiedział się o tym, że go w wyższych
instancjach wojskowych (w Krakowie) fałszywie poinformowali, bo chyba
jakieś rozkazy otrzymał, jeżeli do mnie o 8 rano zdążył dojechać (41
km!). Kiedy mu ten rozkaz odwołano?

I dalej, w jakiej sytuacji było Krościenko, czy te piękne chwile były
wynikiem wojskowego rozkazu, czy pięknym zrywem patriotycznym, ale
samozwańczym!

Z radością reaguje na Pana list i pragnę wyczerpująco nań odpisać na
tyle na ile zdołam. List nr. 1 wysłałem i prosiłbym o zwrot abym mógł go
obie przepisać i odesłać z powrotem, bo nie mam kopii, a drugi jest
przepisywany, w którym piszę o uprzednich wydarzeniach, (jako wstęp,
mniej ważny, informujący). Trzeci jest w przygotowaniu i niedługo wyślę
o ile zdołam. Pisze tylko o tym, co jeszcze dokładnie pamiętam, a co
jest wątpliwe to opuszczam. Tymczasem kończę i zajmę się dalsza pisemna
odpowiedzią. O Krościenku nie mam chyba, co dopisywać, bo to Pan lepiej
wie i pamięta.

Serdecznie dziękuje i serdecznie pozdrawiam.

A Czartoryski

„Szpak”

P.S.

Jeszcze odpowiedź na Pana list z 19 maja:

1. Granatowych policjantów z „Renaty” nie pamiętam po nazwisku i
pseudonimach. Przygotowywałem likwidacje Niemców głównie za
pośrednictwem St. Błażusiaka „Pik” gdyż z milicjantami nie miałem
zamiaru o tych sprawach mówić przedwcześnie. Gdy 28 lipca wpadł do
mnie jeden z granatowych z zapytaniem, co czynić, bo są gotowi,
odpowiedziałem jednym słowem, „wykonać”. I wykonali, choć nie bardzo
sprawnie, na mój wyraźny rozkaz! I na moja odpowiedzialność, bo taka
była sytuacja i taka konieczność, aby wspomnieć „Borowego”, jak
mówił samotnego.

Pośrednikiem był moim ojciec Błażusiak (Stanisław?) „Pik” o wielkim
poświęceniu, zaangażowaniu, zasługach, ale za impulsywny. Czy żyje? Co z
jego synem zwanym o ile pamiętam „Pikus’, tez z rodzina swoją bardzo
zaangażowany.

Po wykonaniu zamachu przez policjantów, zawezwałem ich wszystkich,
zebrali się przed moim domem („Helena”) i tam ich zaprzysiężyłem.
Odprowadził ich Pruchnicki („Tarzan”), przebrany w mundur niemiecki (na
szczęście i chyba „Iglica” (Zygmunt Mańkowski).

Brulion

Przepisałem w Aylmerze, 30 września 2010, - Jerzy Czartoryski (list
zapewne adresowany do JMK)

18/XI/73

Adam Czartoryski

ul. Śląska 6/7

60-614 Poznań

Lub 34-511 Kościelisko 834

Szanowny Panie

Przepraszam, że z opornieniem odpisuję na list Pański z dn. 6 X. Jestem
często w podróży między podanymi miejscowościami i nie zawsze mi
przeadresowują listy.

Przystępuje do odpowiedzi na podane kwestie:

1. Śp. Adama Malinowskiego znalem uprzednio b. mało. Był synem znanego
budowniczego w Szczawnicy, znałem też jego dziadka. Rodzina cała
zasiedziała była w Szczawnicy. A.M. był przez jakiś czas praktykantem
leśnym w lasach szczawnickich. O ile pamiętam, był aresztowany i
więziony przez Niemców, potem chyba wypuszczony na wolność, ale nie
wiem, dlaczego ukrywał się. Wybudował sobie w lasach szczawnickich
bardzo pomysłowe schronienie, gdzie mieszkał z zona, był w kontakcie z
gajowym tamtejszym. Po „wypadkach szczawnickich” zameldował się do mnie
w lesie i ofiarował swoje schronienie, które nazywał „jata”, do mojej
dyspozycji. Skorzystałem z tej propozycji. Dobudowany drugi „pokój”,
niecił kilka osób, Malinowscy zajmowali swój dawny. Oddał mi przez to
dużą usługę, punkt był idealnie położony, dobrze ukryty. Okazywał dużo
życzliwej pomocy i pomału wchodził w znajomość różnych spraw zwianych z
moja funkcją o ile nie były tajne, głównie w bieżące sprawy. Nigdy go
jednak nie zaprzysięgałem, jego usługi przyjmowałem „towarzysko” a nie
służbowo, tak uważałem za lepsze. Wiele poważnych osób w Szczawnicy go
ostro krytykowało, trudno mi orzec o ile słusznie. Stosunki nasze
układały się zupełnie poprawnie. Czy miał jakieś konspiracyjne funkcje
zlecone przez inny pion – niw wiem i nigdy nic o tym nie słyszałem.
Żadnej „grupy” nie miał, był rzeczywiście samotnym „traperem”, lubiącym
chodzenie samopas i włóczenie się po lasach, które znał świetnie, dobrze
sobie radził w tych prymitywnych warunkach. W każdym razie mogę
stwierdzić, ze nic ujemnego nie mogę o nim napisać, bo na
niesprawdzonych wiadomościach nie mogę się opierać. Do żadnych funkcji
go nie używałem, nie brał też udziału w żadnych pracach, akcjach Armii
Krajowej, o których bym cokolwiek wiedział, jako dowódca placówki. Nie
okazywał chęci kontaktu ani wstąpienia do jakiejkolwiek partyzantki,
raczej nawet unikał spotkań z partyzantami.

2. O roli Emila Chramca w „rewolcie” policjantów w „Renacie” w
Szczawnicy nic mi nie widomo. Pozyskanie uczniów szkoły policyjnej
przewidywałem na wypadek powstania, lic zacna to, że wówczas mogą się
przydać i będzie można na nich liczyć, gdyż zechcą się zrehabilitować.
Wcześniej nie, to był element bądź, co bądź niepewny. Cała akcje
bezpośrednio przygotował „Pik” (Błażusiak). Nie sadze, aby miał
współpracownika, w p. Chramcu, bo „Pik” był ostrożny i wytrawny
konspirant i do tak ryzykownej sprawy chyba by go nie mieszał. Zupełnej
pewności jednak nie mogę mieć. Gdy powziąłem decyzje pozyskania
policjantów, jako oddziału dyspozycyjnego dla Komendanta Obwodu mjra.
„Borowego”, posłałem „Pika” do policjantów, z których jeden przyszedł do
mnie z „Pikiem”, bo chciał ode mnie bezpośrednio, usłyszec rozkaz. O
żadnym wysadzaniu „Renaty” w powietrze nie było mowy i p. Chramca przy
tym nie było.

W ogóle, koło spraw konspiracyjnych z czasów okupacji powstaje wiele
legend i ludzie po latach coraz bardziej i częściej fantazjują,
świadomie lub nieświadomie.

Będąc niedługo w Poznaniu, poszukam swego zdjęcia i postaram się Panu
wysłać.

Na koniec chce wyjaśnić, że zasadniczo najchętniej udzielę Panu
wszelkich informacji, ale wyrywkowe widomości SA czasem trudne do
sformułowania. Noszę się z myślą napisania wspomnienia z tych czasów,
jednak przed pokazaniem ich komukolwiek nieobecnemu tam w tych czasach
musze je skonsultować i uzupełnić z towarzyszami tych przejść. To jedyna
trudność.

Łącze wyrazy prawdziwego poważania. A.Czartoryski

List JMK do AJC 22 12 1990

Nowy Targ 1990 XII 22

Szanowny Panie Poruczniku!

Serdecznie dziękuje za otrzymany list ze Szczawy z uroczystości
sierpniowej A.K> 1990 r., który nadszedł do mnie w stanie nienaruszonym.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego roku 1991, przesyłam
Najserdeczniejsze Życzenia Świąteczne i Noworoczne i Wszystkiego
Najlepszego, przede wszystkim zdrowia i błogosławieństwa Bożego w życiu
osobistym i Rodzinnym.

Niniejszym podaje adres naszego Związku Żołnierzy AK w Nowym targu.
Prezes, ppor Tadeusz Morawa, 34-400 Nowy Targ, ul. Nadwodnia . Jest to
adres prywatny i zazwyczaj tam kierowana jest korespondencja, natomiast
adres naszej kancelarii jest: Światowy Związek Żołnierzy AK, 34-400 nowy
targ, ul. Konfederacji teherańskiej 1a pok. 212, ale tam korespondencja
przychodzi z opóźnieniem, tak ze lepiej posłać korespondencje na
przekazany adres Prezesa, lub też na mój adres.

Z panem „Bohunem”, chcemy odtworzyć liczebnie stan placówki leśnej AK ze
Szczawnicy, który w obecnym stanie weryfikacji i sporządzania
dokumentacji będzie nam przydatny. Chodzi o to, że niektórzy ludzie
piszą w swych deklaracjach, że należeli do placówki AK Szczawnica, o
czym nie jesteśmy pewni. Również jestem w komisji weryfikacyjnej na
Teren Pienin, takie informacje byłyby nam pomocne.

Zdaje sobie sprawę, że w tej chwili dla Pana Porucznika będzie trudno na
dodatek tego, (o czym pan pisał), że mgr. Karol Kozubski zniszczył
dokumenty. Ze swej strony sugeruje 9prosze tego nie brać mi za złe), ze
sporządzę osobiście wykaz członków AK Szczawnica, na podstawie pewnych
wiadomości i ludzi rzetelnych (siwaków), i prześlę Panu Porucznikowi do
sprawdzenia i ewentualnej akceptacji. Wykaz taki ściśle przedyskutuję, z
P. „Bohunem” w Krakowie, ponieważ przypuszczam, że on będzie miał swoje
uwagi. Nie będzie to zbyt szybko, ponieważ musimy dokładnie sprawdzić
prawdziwość oświadczeń, ponadto niektórzy ze Szczawnicy wsi już nie żyją

Proszę o wiadomość w powyższym moim poczynaniu.

Przy okazji informuje, ze mjr. Włodzimierz Budarkiewicz „Podkowa”, wydal
w USA książkę o 1 PSP-AK, która w malej ilości ma się ukazać w 1-szej
połowie 1991, o czym z opowiedział mnie. Zapewne w tym wydawnictwie
znajda się nazwiska partyzantów będących w oddziałach leśnych, ale nie
wiem czy będą właściwie zakonspirowani na placówkach poszczególnych.
Przy okazji zapytam o to mjr. „Podkowę”, o czym powiadomię Pana.

Bardzo pozytywnym dla nas żołnierzy AK i społeczeństwa były by
wspomnienia Pana z przeżyć z lat okupacji na terenie Szczawnicy. W
dodatku, ze nadszedł (tak uważam) sprzyjający klimat dla AK a kłamstwu
dąć wycisk rzetelny.

Kończę, zasyłam wyrazy szacunku, dla Małżonki ucałowanie raczek,

JMKacwin „Juhas”

Poniżej załączony tekst (zaznaczony str. 2 i 3), napisany ręcznie przez
Juhasa, po 2 stronach połowy normalnej kartki papieru, był przypięty do
powyższego listu, wydaje się jednak, że to jest część innego listu.
Miałem problemy z odczytaniem niektórych słów (nazwisk)

Z mojej bacówki na Lubań trzeba było iść ok. 3 godz. Z przeprawa przez
Dunajec w Kłodne-Królowo, bacząc czy szosa nie jedzie samochód
niemiecki. Wychodziłem pod wzgórze Marszałek a później droga leśną na
Lubań-schronisko,?? godzinę drogi idąc w dzień, znając leśne ścieżki i
polanki, cóż dopiero w nocy! Bez latarki (choć i tak nie wolno było
święcić jedynie przez lustro zasłonięte palcami).

Dobrze pamiętam jak do późnej nocy 28/29 07 1944, pogubieni „granatowi
kursanci policji” w lesie gwizdami zwoływali się, mogła to być godzina
22:00-23:00. Jak mi relacjonował Zbigniew Garycki (?) „Junak”w czasie
spotkania w Krościenku 1989 r. (był na leczeniu w Szczawnicy) to tę noc
28/29 07 44 spędzili pod smrekami w górach Krościenko-Obidzie, nawet
niektórzy nie spali tak byli spłoszeni niemiecka obławą, która ruszyła
za niemi z Krościenka. W nocy Niemcy do lasu nie poszli – zawrócili do
Krościenka a na drugi dzień (słoneczny) obławy już nie kontynuowali!

Kilku granatowych kursantów z policji z „Renaty” do kpt.”Staw” Ev
Durhalcza (?) na Lubań doprowadził St Majerczak „Rikitiki” żołnierz por.
„Lasa”, który wracał od por. „Tatar” z Obizy, a spotkał ich w lasach
obidzkich, bo tak daleko zabłądzili nocą. St. Majerczak żyje i
przyjeżdża do Szczawy w każdy rok na nasze Święto w sierpniu.

W Krościenku, w urzędzie pocztowym w nocy 27/28.07 1944 r. , rozmowę
telefoniczną pani Tosia Gawłowska (?), jaką Niemcy prowadzili z
jednostka w Szczawnicy. Dotyczyła ona „Powstania w Polsce”, o czym
poinformowała Komendanta AK pchor. „Cisa” i ten zarządził ”Zbiórkę
alarmową” w rejonie Księżego Lasu w rejonie pod wzniesieniem Marszałek,
na która przybyli niemal wszyscy konspiratorzy AK. Ja tam nie byłem, ale
moi bracia kuzyni. W tym wypadku musieliby widzieć, przechodzących
ścieżka polną, lub droga „granatowych kursantów policji z „Renaty” w
rejonie Lubania. Nie wierze w to, aby wym. Szli droga z Krościenka na
Snoskę skoro uciekli w góry Obidzkie.

Jak już wspomniałem na pocztowce kursanci policji z „Renaty” mogli być
30.07.44. na Lubaniu w schronisku, ale nie w kamieniołomie Snoska nad
Kluszkowcami. Jest mi wiadomo, że policjantów przez dłuższy czas
„obwądziwali” i przesłuchiwali żołnierze z ochrony dowództwa mjra
„Borowego”. Niektórym udowodnili złe czyny z poprzednich miejsc i służby
z Niemcami i to ze byli „nadgorliwymi” funkcjonariuszami policji. Mimo
tego chcieli w szeregach AK zmazać swoje winy, to tez jest ważne
usprawiedliwienie.

Jak w opisach przedstawia p. A. Chramiec? Uważam, że zajściu w „Renacie”
gdzie był u Rajskiego Czesława, a ten w skutek tego przyszedł do Pana
się upewnić, p. A. Chramiec opuścił Szczawnicę z Państwem dr Wernerów i
poszedł na Snoskę ?

Czekam na wiadomości,

JMKacwin „Juhas”

W SŁUŻBIE AKMI I KRAJOWEJ - Powstanie Szczawnickie

W numerze 191 /1256/ "Polski Zbrojnej" z dn. 4 października 1995
spisałem wspomnienia z wojny obronnej 1939 r. przedstawiając przebieg
bitwy pod Ruszkami w dniu 16 września. Obecnie dalszym ciągu podaję moje
losy w Armii Krajowej, skupiając się przede wszystkim na akcji "Burza",
zwanej powstaniem szczawnickim.

Na początek mały wstęp: niemieckiej niewoli uniknąłem. Od jesieni 1939
r. zamieszkałem w Nawojowej powiatu nowosądeckiego. O tym okresie
wspomnę krótko. Włączyłem się z całą rodziną Stadnickich właścicieli
Nawojowej i okolicznych lasów do konspiracji, począt­kowo głównie w
przerzutach polskich oficerów przez granicę Sło­wacką, przedzierających
się do Francji, do Generała Władysława Sikorskiego. Następnie całe
otoczenie włączyło się w pełni w wachlarz konspiracyjnego ruchu oporu, w
ramach Armii Krajowej. Wspominam te czasy z najserdeczniejszymi
uczuciami i przywiązaniem, oraz z pełnią wspólnoty z rodziną właścicieli
Nawojowej, ich domownikami oraz współpracownikami. To centrum ruchu
oporu, promieniując na sąsiednie powiaty, pozostaje w mojej pamięci na
całe życie, jako wzór patriotyzmu, odważnego a przy tym rozważnego
działania, stale świadomie wystawionego na niebezpieczeństwa o
katastrofalnych wręcz; skutkach dla całej, tak mi drogiej wspólnoty.

W dn. 11 lutego 1942 r. generał Władysław Sikorski, jako premier Rządu
na Emigracji oraz jako Naczelny Wódz polskich sił zbrojnych, wydał
rozkaz stwarzający nową organizację: Armię Krajowa.

Moją reakcją na ten rozkaz: było włączenie się do powstającego teraz
wojska, tym bardziej, że byłem polskim oficerem. Po zaznajo­mieniu się
ze szczegółami tego rozkazu, gdy przeniosłem się wraz z rodzina do
Szczawnicy, po złożeniu tam przysięgi, zostałem a mianowany przez
Komendantem Armii Krajowej, komendantem Placówki Szczawnica, obejmującej
całe dorzecze potoku Grajcarek po prawej stronie Dunajca z 6-ma
miejscowościami, opartej o grzbiet Radziejowej wraz; z Małymi Pieninami,
dochodzącej swym bokiem do granicy ze Słowacją. Objąłem równocześnie
dyrekcję zakładu zdro­jowego i komisji zdrojowej, zostałem nadleśniczym
okolicznych la­sów, oraz kierownikiem miejscowego R.G.O. (Rady Głównej
Opiekuńczej), rozdzielającej przydziały żywności dla miejscowej
ludności. Te obowiązki wymagały zatwierdzenia przez, starostę
nowotarskiego (Kreishauptmann), co też otrzymałem, bo mu niewątpliwie na
ręką było żebym przyjął zamiast urzędnika Niemca ten obiekt w
administrację odciążając jego ludzi. Szczawnica była zdrojowiskiem
zamkniętym, przyjmowanie kuracjuszy wymagało każdorazowe zezwolenie od
starosty na piśmie. Dzięki temu gospodarka stawała się coraz bardziej,
defi­cytowa, pensjonaty pozamykane niszczały, jak również inhalatorium i
inne urządzenia do zabiegów dla chorych. Na mój, więc projekt
uruchomienia zdrojowiska starosta się zgodził, sprawdził i zatwierdził z
drobnymi zmianami i zezwoliłbym wyszkolony jeszcze z przed wojny
personel teraz zatrudnił. Tę sprawę załatwił urząd pracy w Nowym Targu
(Arbeitsamt), zresztą nie bezinteresownie. Za życzliwym przyzwoleniem
danym mi przez, właściciela Szczawnicy hr. Adama Stadnickiego,
wystarałem się o 48 Arbeitskrt, zwalniających tę ilość szczawniczan z
wysyłki na roboty do Niemiec. W rezultacie do końca wojny ani jeden
mieszkaniec Szczawnicy nie był wysłany do Niemiec, wszystkie ku temu
wezwania zdołałem oddalić.

Działania wojskowe w ramach A.K. przedstawiam następująco:

Zorganizowałem w Szczawnicy dwa plutony żołnierzy. Pierwszy w Wyż­nęj,
drugi w Niżnej Szczawnicy. Ogół mieszkańców niewątpliwie zdawał sobie
sprawę, że gdy nadejdzie nadarzająca się chwila, należy się ujawnić i
wziąć udział w uwodnieniu się od okupanta. Narazie żołnierze obu
plutonów byli powiadomieni, że są w rezerwie i nie porzucają swych
codziennych obowiązków. Dowódcą pierwszego plutonu mianowałem starszego
sierżanta zawodowego z przed wojny, nazwiskiem Polaczyk ps. "Grab”.
Pozostawił on u mnie najlepsze wspomnienia. Wytrawny, spokojny,
opanowany oraz służbisty, znający doskonale swoje obowiązki instruktora.
Ponadto muszę tu wspomnieć kilku ze mną związanych współpracowników i
towarzyszy.

Na pierwszym miejscu wymieniam moją żonę Jadwigę ps. "Tuja", która była
wtajemniczona w moją działalność w A.K i poniosła zasługi w najbardziej
dramatycz­nych i decydujących momentach.

Mgr. Karol Kozubski, ps. "Konar", zastałem go tu, jako sekretarza
Komisji Zdrojowej. Stał się moim niezawodnym przyjacielem i powiernikiem
"na dobre i na złe". Po wojnie został wójtem Szczawnicy. Doznał wiele
przykrości i prześla­dowań, stracił zdrowie i niestety niebawem zmarł ku
prawdziwemu żalowi okolicy.

Melania Czamara ps. "Jedlina ", prowadziła Ośrodek Zdrowia w
Szczaw­nicy, była osobą godną zaufania, wykazała się dzielnością i
odwagą, szczególnie w akcji "Burza". Po wojnie miałem przyjemność
spotkać się ze nią kilkakrotnie. Była pełna gorącego patriotyzmu,
życzliwości dla otoczenia i godności osobistej.

Na specjalne wspomnienie zasługuje również Błażusiak ps."Pik", od czasów
międzywojennych mieszkaniec Szczawnicy. Wytrawny konspirator, odważny i
doświadczony, patriota, był mi pomocny w przygotowaniach do powstania, w
dn. 28 lipca wraz z synem "Pikusiem". Przekazał gra­natowym policjantom
mój rozkaz, i potrafił uratować siebie i rodzinę od niebezpieczeństw, na
które się narażał. Starszy sierżant "Grab", Polaczyk, którym
pozostawałem w stałym kontakcie, jako z dowódcą pierwszego plutonu,
stanął na wysokości zadania z pełną inicjatywą i współdziałaniem tam,
gdzie to się oka­zało potrzebne, doskonały dowódca swojego plutonu.

W Szczawnicy kwaterował oddział straży granicznej niemieckiej, tzw.
"Granzschutz, ponadto urlopowani żołnierze oraz posterunek Gestapo,
którego kierownik imię czasem odwiedzał, co nie było ani miłe ani
bezpieczne..

W piątek 28 lipca 1944 r. koło godziny 8 rano, gdy przechodziłem z żoną
przez. Plac Dietla, podszedł do mnie wysiadłszy ze swego mo­toru mjr
Adam Stabrawa ps. "Borowy", komendant obwodu nowotarskie­go- i wydał ni
rozkaz wykonania akcji "Burza", zaznaczając, że jego miejsce postoju i
dowodzenia znajduje się na Żdżarze koło przełęczy Snoska nad
Czorsztynem, oraz że znajduje się tam sam jeden bez sztabu ani obsługi.
Było to dla mnie zupełnym zaskoczeniem, jak mógł dowódca 6-ciu placówek,
w chwili, gdy kraj cały rozpala się w ogniu "Burzy", pozostać sam jeden.
"Borowy" bez dalszych wyjaśnień wsiadł na swój motor i odjechał. Z tego
jakby tylko symbolicznego rozkazu nie wątpiłem, że akcja "Burza" jest
zarządzona przez Komendę AK na cały kraj, i że moim obowiązkiem jest
najpierw zorganizowanie ochron­ny dowódcy powiatu w jego samotności,
dostarczyć mu osłony i możliwości wykonywania zadań dowodzenia.
Postanowiłem dokonać tego wsparcia,

W Szczawnicy, prócz oddziałów żołnierzy na urlopie, Grenzschuitzu i
posterunku Gestapo, kwaterowali w moim sąsiedztwie, w willi '"Re­nata"
granatowi policjanci polscy na usługach niemieckich, odbywa­jący
przeszkolenie pod kierunkiem czterech podoficerów niemieckich.
Policjanci ci wiedzieli, jak Zresztą wówczas już wszyscy, że Niemcy
przegrywają wojnę. Chcąc się zrehabilitować stawali się podatni na wpływ
społeczeństwa polskiego, szukając dróg na tę przyszłość.

Byłem w trakcie kontaktu z nimi za pośrednictwem Błażusiaka ps. "Pik".
Obecnie wystarczyło jedno słowo "wykonać", rozkaz ten poda­łem jednemu z
policjantów, który zjawił się u mnie. Policjanci wezwali niemieckich
instruktorów do poddania się, a spotkawszy się a odmową, trzech
zastrzelili, a czwarty lekko ranny zdołał uciec i opłotkami dotarł do
koszar "Grenaschutzu". Tymczasem "'Grab" zamel­dował się u mnie ze swoim
plutonem. Drugi pluton nie otrzymał wezwania gdyż jego dowódca wcześnie
j rano wyjechał do Nowego Targu, Jednak poufny charakter akcji "Burza"
nie został dotrzymany, gdyż prawie natychmiast po od jeźdźcie
"Borowego", cała Szczawnica była w podnieceniu i w ruchu. Grupy
młodzieży przed moim mieszkaniem wołały "Wodzu prowadź nas na Niemców".
Wydobyli a ukrycia parę sztuk broni zresztą nienadającej się do użycia i
nią wymachiwali wojow­niczo. Nie wiadomo, kto rozpuścił wiadomość o
"Burzy", która miała dotyczyć jedynie zaprzysiężonych żołnierzy?
Równocześnie wysłałem ważniejszych pracowników paramilitarnych AK
(gospodarczych i admi­nistracyjnych) na punkt zborny. Byli nimi Emil
Chramiec, odpowiedzialny za, gospodarstwo i magazyny zdrojowe, lekarz
zakładowy dr Werner z żoną i dr Stefan Swieżawski. Wyruszyli oni jeszcze
przed przyjazdem Niemców. Mój sąsiad Czeremeszyński "Cis", kierownik
placówki w Krościenku dał mi znać telefonicznie, że grupa umundurowanych
Niemców dąży z Nowego Targu do Szczawnicy w bojowym wyposażeniu na
ciężarówkach. Nowa niespodzianka, dlaczego Niemcy odważają się na ten
wypad, w najdalszy kąt powiatu, w ślepą szosę, gdy akcja "Burza" się
zaczęła a sytuacja Niemców jest mocno zachwiana, szcze­gólnie teraz w
tydzień po zamachu na Hitlera w "Wolfschanz" pod Kętrzynem. Mając
jeszcze około 20 minut czasu zwołałem granatowych policjantów przed mój
dom, zarządziłem zbiórkę, zaprzysiągłem ich przysięgą Armii Krajowej i
wysłałem na miejsce zbiórki, pod przewodnictwem dwóch żołnierzy AK,
którzy przebrali się w mundury niemiec­kie dla niepoznaki. Niemcy
przybywszy na Plac Dietla, wybiegli prosto do mego domu w „Helenie" i
otoczywszy go, pytali o "herszta bandytów". Otrzymawszy odpowiedź od
mojej żony, że wyjechałem do Krakowa, przeprowadzili rewizję w domu. Ja
zdołałem odskoczyć w ostatniej chwili do najbliższego żywopłotu, gdzie
ukryty przeczekałem rewizję. Nie znalazłszy żadnych obciążających
siadów, Niemcy zaaresztowali moją żonę i wraz z grupą mieszkańców
zamknęli w Urzędzie Gminnym, prowadząc nadal dochodzenia. Wówczas
spostrzegli przez lornetkę maszerujących na wzgórzu granatowych
policjantów, prowadzonych przez, dwóch "żołnierzy niemieckich".
Uratowana została Szczawnica od pacyfikacji przez, zeznania między
innymi mojej żony, która opowiedziała o widzianych przez siebie
policjantach, prowadzonych przez umundurowanych Niemców, co się
sprawdziło, oraz brak jakichkolwiek działań miejscowej ludności.
Potwierdzili to:

1. Pozostały przy życiu niemiecki podoficer, który zeznał, że tylko
granatowi urządzili bunt i ludność nie brała w tym udziału.

1. Siostry niemieckiego Czerwonego Krzyża

1. Kierownik posterunku policji Pawlus, ps."Dziadek” przypominając, że
już ostrzegał Niemców przed granatowymi, jako elementem niepewnym.

Niemcy wypuścili zatrzymanych w gminie, z ulgą powrócili do swych domów.
Tymczasem "Grab" ze swoim plutonem zatrzymał się w lesie na "Językach" i
od razu zaczął szkolenie żołnierzy. Dołączywszy do "Graba", spróbowałem
po paru dniach rozpuszczać żołnierzy do domów, na razie sukcesywnie, co
się powiodło w zupełności, gdyż nikt ich nie niepokoił. "Grab" również
wrócił do siebie, ja natomiast musiałem pozostać w le­sie i stworzywszy
niewielki oddziałek partyzancki umieściłem go w "Jucie", która została
zbudowana poprzednio przez szczawniczanina Adama Malinowskiego ps.
„Traper”. Tam na Sakalskim, niedaleko Prehyby, jata była bazą
partyzantki szczawnickiej.

Nawiązałem kontakt z kpt. Julianem Zapałą ps. "Lampart", dowódcą
największego na Podhalu oddziała partyzanckiego (około 100 lu­dzi),
którego bazą był obóz nad Ochotnicą w Gorcach (potok Jaszcze), Użyczył
mi uprzejmie około 40 partyzantów na wykonanie ataku na "Grenzschutz”,
czyli straż graniczną przy Białej Wodzie, na tere­nie mojej placówki.
Miała to być akcja czołowa na "Podhalu. Zapro­wadzałem ich tam, lecz,
koszary te były obudowane betonowymi bunkrami, częściowo wpuszczanymi w
ziemię, nie do zdobycia przez posiadających kiepskie uzbrojenie
partyzantów. Stało się jasne, że nawet największy oddział nie jest w
możności zaatakować sku­tecznie bazę niemiecką tego rodzaju nie
posiadając, ani wyszkolenia, ani odpowiedniego uzbrojenia. Zostaliśmy na
przyszłość ograniczeni do stosowania wyłącznie przez: zaskoczenie
drobnych wypadów na małe oddziałki będące w drodze.

Przed zimą mój, oddział partyzancki został rozwiązany, a ja z rodziną
przeniosłem się do Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie 25 stycznia 1945 r.
wkroczyła armia sowiecka.

W tym krótkim sprawozdaniu opuściłem niektóre mniej ważne zdarzenia
oraz; wspomnienia o wielu życzliwych i wspomagających mnie
współpracownikach, szczególnie o tych, którzy nie byli bezpośrednio
włączeni w akcję "Burza". Składam im najserdeczniejsze podziękowania za
ich pomoc, współpracę i jednomyślność.

Jeżeli więc reasumować tu przedstawione wydarzenie, to musi się
stwierdzić, że z całego południowego okręgu Małopolski, jedynie ono
zasługuje na miano 'Powstania”

Listopad 1996 r.

Dr. Adam Czartoryski kpt.

b. Komendant Placówki AK

Po śmierci Mamy, znaleźliśmy zeszyt/notatnik (papier w kratkę, pisane po
prawej nieparzystej stronie, w sumie 19 stron), gdzie Tatuś
własnoręcznie zapisał swoje notatki i uwagi z powstania szczawnickiego -
Burza. Przepisywałem w dniach 22-24 IX 2010 w Aylmerze – Jerzy
Czartoryski.

28 VII 1944

Szczawnica

Spisałem niedługo (w parę lat) po wojnie.

W piątek 28 lipca 1944r. przechodziłem z żoną koło 8 rano przez plac
Dietla w Szczawnicy. Przy budynku hydropatii zauważyłem mężczyznę z
motocyklem. Gdy podszedł do nas poznałem w nim „Borowego” (mjr. Adam
Stabrawa), komendanta nowotarskiego Obwodu A.K., mego bezpośredniego
przełożonego. Przyjechał, aby mi przekazać rozkaz wykonania akcji
„Burza”, jako komendantowi placówki w Szczawnicy. Podał punkt zborny
oddziałów w rejonie Tylmanowej po lewej stronie Dunajca. Swoje m.p.
(miejsce pobytu) oznaczył na górze Żdzar nad Snoską, przy czym dodał, ze
nie ma zupełnie ani ochrony ani oddziału dyspozycyjnego do swej
dyspozycji. Będzie na razie sam. Po wymienieniu kilku zdań, mjr. Borowy
spiesząc się bardzo, wsiadł na motocykl i odjechał.

Moim zadaniem było zmobilizować oddziały, przygotowane w tym celu, i
odesłać na miejsce zbiorki. Postanowiłem pozostać jeszcze jakiś czas w
Szczawnicy dla załatwienia spraw związanych z moja funkcją.

Placówka szczawnicka obejmowała wsie Szczawnicę Wyżną i Niżną, ponadto
wsie ukraińskie, Tomkowskie, Szlachtowa, Jaworki, Biała Woda i Czarna
Woda. Obszar pokrywał się ze zlewiskiem potoku grajcarek, sięgał wiec
granicy słowackiej z małymi Pieninami, obejmując lasy grupy Radziejowej
(południowe jej stoki po główny grzbiet).

Przygotowana przeze mnie kadra żołnierzy A.K., rekrutowała się wyłącznie
z mieszkańców obu Szczawnic. Utworzone zostały dwa plutony, pierwszy w
Szczawnicy Wyżnej, drugi w Niżnej. Ja kontaktowałem się bezpośrednio,
wyłącznie z dowódcami plutonów, którymi byli dla Szczawnicy Wyżnej: Jan
Polaczyk PS. „Grab”, były zawodowy sierżant W.P. D-cy plutonów, mieli za
zadanie zmobilizowanie przyszłych żołnierzy, których było łącznie
kilkudziesięciu (liczby dokładnej nie pamiętam). Zasadniczo, każdy z
przyszłych żołnierzy A.K., był indywidualnie traktowany i w różnym
stopniu dopuszczany do konspiracji. Najpewniejsi pod względem charakteru
i dający gwarancje utrzymania tajemnicy, byli zaprzysięgani i
przeszkalani na podoficerów, w szczególności ci, którzy odbyli służbę
wojskowa. Mniej rozpoznani wiedzieli jedynie, ze „w razie potrzeby” będą
powołani do służby czynnej. Poza tym liczyłem na to, ze w razie ogólnego
powstania nawet chwiejni i nie dość pewni zgłoszą się sami, nastrój
ludności obu Szczawnic był bez zarzutu, choć ostrożniejsi nie okazywali
tego, na co dzień.

Pierwsza moja czynnością po odejściu „Borowego” było zawezwanie obu
dowódców plutonów. D-ca plutonu Wyżnej Szczawnicy stawil się
natychmiast, d-ca Niżnej był nieobecny w domu, wyjechał rano do Nowego
targu. Zbiórkę 1-go plutonu zarządziłem na wczesna godz. Popołudniowa, w
lesie nad Językami, aby go odprawić na wyznaczone miejsce, ewentualnie
samemu ich tam doprowadzić. Poza powołanymi żołnierzami i wtajemniczona
służba pomocnicza wojska, która miała równocześnie objąć swoje funkcje –
w myśl instrukcji akcji „Burza”, nikt z pozostałej ludności nie miał być
wciągnięty w te akcję, życie codzienne miało iść dalej swoim normalnym
trybem.

Tymczasem, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej w nieprzewidziany
sposób. Mjr. „Borowy”, chyba musiał rozmawiać w Szczawnicy z kilkoma
innymi osobami, które miały objąć przewidziane funkcje w różnych
dziedzinach. Któraś z tych osób albo nie znała dostatecznie planu akcji,
albo nie umiała trzymać języka za zębami, – bo w niewiele chwil po
odjeździe Komendanta Obwodu, cała Szczawnica była w ruchu w przekonaniu,
że Niemcy uciekną w popłochu.

Sytuacja stawała się groźna, zważywszy, że w Szczawnicy kwaterował
oddział Luftwaffe (czy było Luftwaffe?), znajdowały się koszary
Grenzschutzu oraz posterunek Gestapo, którego komendant wiecznie
obserwował i często nałaził, ponadto szkoła „granatowej” z 3-ma
umundurowanymi instruktorami Niemcami.

Szkoła znajdowała się w willi „Renata”. Po ulicach wsi oraz zdrojowisku
biegali rozentuzjazmowani mieszkańcy, nierzadko z bronią wydobyta z
ukrycia. Jako przykład podaje „wtargnięcie” do mego mieszkania dwóch
wyrostków, z nich jeden uzbrojony w karabin, który wołał „wodzu prowadź
nas na Niemca”.

O dziwo, nie spotkało się to wszystko z bezpośrednią reakcja Niemców,
którzy, jak sadzę, udawali, ze nic nie wiedza, nie pokazywali się na
ulicach. Grenzschutz z reguły nie mieszał się do spraw bezpośrednio ich
nietyczących lotnicy, będący tu na urlopach zdrowotnych lub wypoczynku
byli prawdopodobnie zadowoleni, że ich nikt nie zaczepia, a Gestapowcy
chyba po prostu ukryli się w swojej kwaterze. Nastrój Niemców był raczej
minorowy, front wschodni wprawdzie zatrzymał się w tym czasie, ale tajne
instrukcje ewakuacyjne władz i urzędów były rozdane i niedawno przed
wypadkami szczawnickimi zdawało się im, że będą lada dzień realizowane.
Front ustalił się w lipcu. 8 dni wcześniej, t.j. 20 lipca, miał miejsce
atentat na Hitlera (nieudany) w Wolfschanze pod Kętrzynem. Na koniec,
partyzanci w okolicznych górskich lasach spowodowali, że Niemcy przyjęli
taktykę nie prowokowania ich, w lasy się nie zapuszczali, odczuwało się
pewne zelżenie w stosunkach do polskiej ludności, jeżeli chodzi o jakieś
masowe akcje represyjne.

Ta sytuacja nie usprawiedliwiała mnie do tolerowania nastroju powstania,
akcja „Burza” wyraz niemiała być ograniczona do akcji ściśle Wojkowej
bez wiązania w nią ludności cywilnej.

Pilna sprawa wydawało mi się dostarczenie oddziału dyspozycyjnego
Komendantowi obwodu. Zdecydowałem się sfinalizować przygotowana akcje
wciągnięcia szkoły granatowej policji. Ci polscy uczniowie policjanci
stanowili element niepewny, z różnych powodów zdecydowali się na ta
formę współpracy z niemieckim systemem rządzenia w Polsce. Kilku uczniów
tej szkoły było wciągniętych w konspiracje i przygotowywało akcje dla
przejęcia wszystkich kolegów w szeregi wałczących z okupantem w razie
zaistnienia odpowiednich warunków (akcja „Burza” lub ogólne powstanie).
W takiej konstelacji można się było spodziewać, że gdy będą oni
przekonani o rychłej przegranej Niemiec, będą sie chcieli oczyścić z
zarzutów przez lojalna służbę w Armii Krajowej.

Postanowiłem, więc przekazać oddział 20-30 policjantów do dyspozycji
Komendanta Obwodu. Wydałem odpowiedni rozkaz. Policjanci z zapałem
przyjęli tę decyzję, ale wykonali ja bardzo niezdarnie. Z trzech
niemieckich instruktorów dwóch zlikwidowali, natomiast trzeci zdołał im
się wymknąć i polami po za zabudowaniami dotarł do kwater Luftwaffe
(Grenzschutzu ?) w Szczawnicy, gdzie wszczął alarm.

W miedzy czasie, portier w inhalatorium, Macanowicz, doniósł mi, ze
niemieckie Siostry sanitariuszki wojskowe, zajmujące tam kilka pokoi są
niepokojone przez „powstańców”. Udałem się na miejsce, kazałem
portierowi zamknąć drzwi wejściowe do budynku i nikogo nie wpuszczać.
Przełożonej sióstr zagwarantowałem swoja osoba, ze żadnej z nich włos z
głowy nie spadnie, bo tu nie ma żadnych bandytów, lecz wojsko polskie,
oraz, że są chronione międzynarodową konwencja, lecz doradzam im, aby na
razie nie opuszczały budynku.

Jeszcze uspokojenie wsi nie było w pełni dokonane, gdy wezwano mnie do
telefonu. Dzwonił z Krościenka „Cis’ (Eugeniusz? Czereniszyński)
komendant tamtejszej placówki, że kilka samochodów ciężarowych z
kilkudziesięciu umundurowanymi SS-manami (czy inna formacja? Luftwaffe?
Czy wermacht?)z nowego targu minęło Czorsztyn i zdąża do Szczawnicy.
(Telefon od Cisa był jeszcze przed zaprzysiężeniem policjantów. Licząc,
że mam jeszcze ponad 20 minut, wydałem kategoryczny rozkaz, aby do 10
minut wszyscy mieszkańcy powrócili do domów i nie opuszczali ich aż do
odwołania. Gońcy rozbiegli się z tym rozkazem. Naturalnie nie podałem
powodu tego zarządzenia. Zostało ono przez ludność skrupulatnie
spełnione, tak, że wjeżdżając do Szczawnicy niemieckie oddziały zastały
puste drogi i ulice. Równocześnie zdałem sobie sprawę, że coś tu nie
jest w porządku, gdyż przy powszechnie wykorzystanej akcji „Burza”
oddział Niemców nie pchałby się w najdalszy kat powiatu (41 km od nowego
Targu) w ślepy „worek”, bojąc się odcięcia od możliwości powrotu. Za
Szczawnicą, bowiem szosa się kończyła i jedyny powrót mieli z powrotem
przez most w Krościenku na Dunajcu, a następnie cała powrotna drogą
przez teren objęty „Burzą”. Byłem przekonany, że z jakichś nie wiadomych
mi jeszcze powodów akcja „Burza” nie została wprowadzona, przynajmniej
na terenie powiatu nowotarskiego.

Zarządziłem zbiórkę policjantów z „Renaty”, zaprzysięgłem wszystkich i
pod dowództwem „Iglicy” (Zygmunta Mańkowskiego) i „Tarzana”
(Pruchnickiego) wyprawiłem do m.p. D-cy Obwodu. Gdy SS-mani wjeżdżali na
plac Dietla (centrum Zdrojowiska) policjanci wchodzili w zarośla
Bryjarki i zniknęli z oczu.

W międzyczasie (później), został wypróżniony magazyn ręcznych granatów,
przechowywanych w skrzynkach w inhalatorium. Granaty te były wyrabiane w
Warsztatach kolejowych w Krakowie. Przywiózł je parę miesięcy przedtem
„Halny”, „Klin” (Jan Kabłak- Ziembicki) jako paczki z gwoździami.
Żołnierze niemieccy pomagali je wyładowywać na szczęście nie kontrolując
zawartości paczek.

Sam schroniłem się, wraz z moim bratem, do żywopłotu odgraniczającego
sad od willi „Helena”, położonego około 100 m. od willi, gdyż część
SS-manów wysiadłszy z samochodów biegiem otoczyła „Helenę” i zaczęła
rewizje domu szukając mnie, jako „herszta” bandytów. Rewizja w domu nic
nie wykryła, mnie tez nie zauważyli Niemcy, choć jeden z SS-manów
przechodząc tam i nazad wzdłuż żywopłotu, tuz koło mnie nie zauważył
mojej obecności.

Dowódcy przysłanego oddziału dokonali śledztwa. Jedyny instruktor
policji granatowej zeznał, ze jedynie policjanci się zbuntowali a
ludność Szczawnicy nie Brala w tym udziału. Moja zona aresztowana
zeznała to samo. Postawie mojej zony, Szczawnica zawdzięcza ocalenie.
Siostra przełożona sanitariuszek stwierdziła, że nie maja one powodu do
skargi, przeciwnie, zapewniłem im nietykalność. Całą ludność zostawili w
spokoju w domach, po aresztowaniu mojej zony In kilku innych osób i
przesłuchaniu ich, zwolnili wszystkich i wrócili do Nowego targu
(prawdopodobnie spiesznie). Jadąc obsadzili most na Dunajcu w
Krościenku, wracając pozostawili tę ochronę i odcięli przez to kontakt
Szczawnicy ze światem.

Z tego powodu oddział policjantów, którzy mieli przejść od Bryjarki do
Krościenka, nie mógł się przedostać tamtędy przez Dunajec, został
ostrzelany przez ochronę mostu, wycofał się i nocą bez przeszkód
przeprawił się w rejonie Tylmanowej. Ale nie wszyscy.

Służba pomocnicza wojskowa i wyznaczeni do funkcji administracji
cywilnej w pierwszym dniu udali się na Lubań. Byli to miedzy innymi: PS.
„Wincenty” (dr Stefan Świeżawski), dr Werner z żoną i Chramiec urzędnik
Zdroju w Szczawnicy.

I Pluton Armii Krajowej pod dowództwem sierżanta „Graba” (Jan Polaczyk)
obozował w lesie za Językami. Przejście przez Dunajec było zbyt
ryzykowne ze stosunkowo dużym oddziałem rekrutów przeważnie
nieuzbrojonych. Sierżant okazał się nadzwyczaj sprawny, opanowany, ze
zdolnościami na instruktora. Wdrażał żołnierzy w wojskowy tryb życia,
dyscyplinę i zapał do sprawy. Żywność dostarczano ze Szczawnicy.

Kontakt z dowódca Okręgu od jego bytności w Szczawnicy był zupełnie
przerwany, żadnej wiadomości, żadnej dyrektywy. Próby nawiązania
łączności zawodziły choć jak sądzę dochodziły ze Szczawnicy do
dowództwa.

I wreszcie trzeciego dnia pod wieczór, goniec ze Szczawnicy przyniósł mi
kartkę od Dcy Okręgu z lakoniczną wiadomością, że akcja „Burza” jest
odwołana! Nigdy się nie dowiedziałem jak to się mogło stać, ze jedynym
miejscem gdzie odwołanie na czas nie dotarło była właśnie Szczawnica i
że to odwołanie wędrowało 3 dni. Nikt też chyba nigdy nie poniósł za to
odpowiedzialności. O ile mi wiadomo, we wszystkich innych placówkach,
żadnej akcji nie wszczęto, za wyjątkiem Krościenka, gdzie tez wszczęła
się „ruchawka”, ale na krótko. Ponieważ cały czas w Szczawnicy był
zupełny spokój i po wyjeździe SS-manów żadnego śledztwa nie prowadzono,
żadnego oddziału porządkowego ani politycznego nie przysłano –
zdecydowałem się po naradzie sierżantem „Grabem” rozpuścić chłopców do
domów, pojedynczo i bez zwracania niczyjej uwagi. I ta akcja przeszła
bez żadnych złych skutków. Jedynym ryzykiem było wzajemne
zdekonspirowanie się ale nawet sierżant „Grab” wróciwszy do domu i do
swoich, żyjąc spokojnie, aż do ustąpienia Niemców, mieszkał i pracował
jak poprzednio.

Warto tu wspomnieć o solidarności mieszkańców Szczawnicy, której
rezultatem było, że nikogo więcej nigdy żadne władze niemieckie nie
tylko nie aresztowały, ale nawet oficjalnie nie przesłuchiwały w sprawie
wypadków szczawnickich, a nawet żaden konflikt niemiecki nie śmiał nic
donieść Niemcom.

Jako przykład podam, że będąc jedynym, który już nie wrócił do
Szczawnicy i został lesie”, zostałem zaproszony na chrzciny dziecka
sąsiada, górala Malinowskiego. Przyszedłem z lasu do ich domu, w nocy,
gdzie w pokoju na poddaszu spędziłem resztę nocy, część dnia, a całe
popołudnie i wieczór spędziłem w izbie wraz z gośćmi, którzy zebrali się
na przyjecie. Malinowscy, zapraszając sąsiadów mówili mi, że będą „sami
swoi”, ale kto chciał przychodził i wychodził – wiedziałem, ze jestem w
otwartej izbie, liczni mieszkańcy i sąsiedzi wchodzą i wychodzą, rodzina
Malinowskiego pilnowała, aby nikt podejrzany nie kręcił się w pobliżu.
Pod wieczór wróciłem do lasu.

Jeszcze dodam jeden epizod. Gdy w kilka miesięcy po ukończeniu wojny,
moja zona odwiedziła Szczawnicę, została najgościnniej przyjęta.
Sąsiedzi zaproponowali jej, aby się z rodzina przeniosła na stałe do
Szczawnicy a oni zapewnia jej i najbliższym mieszkanie i utrzymanie.
Jedni będą dostarczać mleka dla całej mojej rodziny wraz z dziećmi,
drudzy ziemniaki i chleba, jeszcze inni reszty koniecznej dla wyżywienia
i utrzymania, wszystko na stałe, bezpłatnie. I to w czasie, gdy przepisy
P.R.L., zakazywały nam mieszkać w obrębie powiatu danego miejsca
zamieszkania. Byli to sąsiedzi Malinowscy, górale miejscowi, oraz
wszyscy znajomi, którzy spotkali Żonę w Szczawnicy. Takie były nastroje
wsi, gdzieśmy spędzili prawie trzy lata ciężkich czasów okupacji!

Ręcznie napisane opracowanie przez AJC, bez daty, przepisane w
październiku, w Aylmerze, przez Jerzego Czartoryskiego. AJC nie podaje
dokładnej daty operacji Biała Woda. Nie jestem pewny czy poprawnie
napisałem drugie imię (przydomek) p. Dąbrowskiego (Faix. Taix, może
Felix… ??), Również czy napisałem poprawnie nazwisko „Przyjaciela”

Biała Woda

Mój komentarz do artykułu Zbigniewa Faixa Dąbrowskiego pt. „Operacja
Biała Woda” ogłoszony w „Okruchach wspomnień z lat walki i martyrologii
AK”, Kraków 1992. Nowa lista Nr. 2 (wydawnictwo Światowego Związku
Żołnierzy Armii Krajowej, Oddział Kraków Wschód, na stronach 7-12).

Jako komendant placówki Szczawnica, będąc w kontakcie z kpt. „Lampart”,
był dowódca drugiego oddziału żołnierzy A.K. (około 100 żołnierzy).
Oddział ten znajdował swoje miejsce postoju w przysiółkach Jamrze i
Jaszcza należących do wsi Ochotnica Górna, na polanie leśnej na
wysokości około 1000 m.npm. Oddział ten był stosunkowo dobrze
wyekwipowanym i na ogół nie niepokojony przez Niemców, którzy mieli
wygórowane wyobrażenie o liczebności i uzbrojeniu tego oddziału, który
tworzył w jesieni 1944 roku 4ty batalion 1 pułku Strzelców
Podhalańskich. Odwiedzając kilkakrotnie kpt. „Lamparta” powiadomiłem go
o moim przygotowaniu do opanowania niemieckiej Straży Granicznej
(Grenzschutz’u) w Białej Wodzie, która to akcja, wydawało się miałaby
widoki powodzenia. Kpt. „Lampart” życzliwie się odniósł do mego projektu
i obiecał pomoc. Siły niemieckie były w tym czasie raczej w defensywie i
nie atakowali oddziałów partyzanckich przebywających w lesie. Mój
skromny stosunkowo oddziałek partyzancki, kwaterujący w lesie nad
Skalskim, Mie miał szans wykonania likwidacji „Grenzschutz’u” nad wsią
Biała Woda. Mój wysłannik, po dokonaniu wywiadu, zapewnił mnie, że
„Grenzschutz” w Biało Wodzie podda się, gdy otrzyma zapewnienie wolnego
powrotu do Rzeszy. Zaufawszy wysłannikowi zaproponowałem kpt.
„Lampartowi” przysłanie mi do dyspozycji oddziału kilkudziesięciu swych
partyzantów dla wykonania zadania. Oddział ten zjawił się w wyznaczonym
terminie. Według mego rozeznania odbył marsz kilkugodzinny, który jednak
ku memu zdziwieniu bardzo go zmęczył, tak ze musiałem zarządzić im
dłuższy odpoczynek. Następnie, pod wieczór, udałem się z wysłanym przez
„Lamparta” oddziałem (około 40 ludzi?) z Młak pod Radziejową w kierunku
bunkra białowodnego „Grenzschutz’u”. W ostatniej chwili, mój informator
rozmyślił się, nie stawił na zbiórkę i zniknął. Więcej go nie spotkałem
a jego personalji dziś już nie pamiętam. Doszedłszy do bunkra wezwałem
„Grenzschutz” do poddania się, ale bunkier uparcie milczał i nie
odpowiadał na wezwania. Nie mając możliwości porozumienia ani nawet
zdobywania umocnień złożonych z grubego żelbetonowego muru opatrzonego
strzelnicami, wobec zniknięcia mego informatora, zmuszony byłem nakazać
odwrót. Partyzanci „Lamparta” powrócili do swej bazy w ochotnicy, ni
wykazując ani zapału ani odporności na tę eskapadę. W całej wyprawie i w
próbie zdobywania bunkra, dzielnie i odważnie sekundował mi „Bohun”
(Zbigniew Faix Dąbrowski), którego od tego dnia jak najlepiej wspominam.

We wspomnianym artykule, autor wspomina por. „Pazura” (ppor. Adam
Winoracki ??). Uważam, że jego w tej wyprawie tam nie było, byłbym o tym
z pewnością pamiętał. Z por. „Pazurem” miałem mało styczności. Zgłosił
się do mnie wraz ze swym koniem wierzchowym, następnie zyskał zasłużoną
opinie dzielnego partyzanta, ale poza zasięgiem mojej placówki, wiec nie
mogę nic o nim donieść z własnego doświadczenia, tyle, co o nim
słyszałem z najlepszego źródła. O jego losach, więc nic dodać nie mogę,
bo ich nie znam.

Wspominam najżyczliwiej „Przyjaciela” (por. Felixa Perekładowskiego(?),
Cichociemnego, z którym się wielokrotnie spotykałem w lesie.