Jadwiga Czartoryska: Memoirs 1938–1953
Memoirs Year by Year 1938-1953
MEMOIRS YEAR BY YEAR 1938-1953
Jadwiga Czartoryska
Scanned from a typescript (found on Krechowiecka after Mother's death) by Jerzy Czartoryski in Aylmer in February 2010
1938
We settled in a small manor called by us Głuszyna, because it lay on the border between grandmother's and Głuszyna farms. Before we moved in, a forestry administrator was stationed there and there were forestry offices and his residence. The last was Mr. Varisella, moved to a rented house in Upper Puszczykowie right on the border of our Wiry forests. We were new, he had been long established in managing the estate, so he was very confident and ruled, which especially did not please me. Had war not broken out, the owner himself, without a forestry administrator, having very good and devoted foresters, could manage the forests. The farms---Głuszyna, Babki and Wiry---were leased out, and for now we had to extend the leases because heavily burdened with family debts, we did not have funds to buy livestock and establish ourselves. We had just begun making beautiful plans. Father wanted to build a sawmill over the Warta in Głuszyna Forest, to sell processed wood more expensively than standing timber. We made plans for single-family cottages at Kątniak over the Warta near Luboń and Puszczykowie, wanting to sell them already built and thus get rid of our financial burdens and be able to invest. Unfortunately we did not manage to do anything before the war. We had already selected a house in Głuszyna where I wanted to establish a clinic for mothers and children, because such a thing did not yet exist there. My sister "Secretive" was to run it with my help. Such were our unfulfilled dreams. At Taczanów at the Taczanowskis we looked at a very nice mare, which we were planning to buy as a saddle horse for me. And so on, and so on.
In the house, we had a housekeeper. The last was a worthy and loyal Stephanie Dziubówna, who when we were gone kept watch over the house and unfortunately hid weapons of passing soldiers, which led to Gestapo imprisoning her, sending her to a camp and she died in Auschwitz. The chambermaid for everything in the house was Stasia Rzepka from Konarzewa. The servant driver was Antek Ziętek, who during the front with my brother Jędrzej took our Mercedes from Zwierzyniec to the east, and when they ran out of gasoline, they returned on foot to Nawojowa.
Besides the household staff, there was a watchman who guarded the house at night and pumped water to a reservoir from which water was used for drinking and washing. There was also a teamster for the borrowed "bays" from Konarzewa. We or one rode in them to the forest. We received a nice cart as a wedding gift from the Romans Cz.
In spring I went to Kraków for an examination by Żubrski and he prescribed a strong cure in Krynicki where I stayed 6 weeks, and returning we stopped at Czestochowa in our newly purchased Hansa, and God blessed it, because I became...
So we lived in 1938 in Głuszyna, and it was a beautiful year, a year of hope and preparation for the future. Father was busy with the forests and the farms, planning improvements. Mother was occupied with the household and with us. We were growing up, studying, falling in love, dancing at balls and going to parties. Nobody thought the world would change. We were living our normal lives, making our plans for the future, not knowing that the world was about to shatter...
The beautiful clear memory I have of that year is of my parents' 25th wedding anniversary celebration. It was held at Nawojowa, a grand party with all the family and many neighbors and friends. My parents received many gifts and many expressions of good wishes and love. It was a happy day in a still happy world.
\[CL-AI Note: This is a large memoir document (89KB) consisting of Jadwiga's year-by-year accounts from 1938-1953, covering her life during the lead-up to war, the war years, and immediate postwar period. This translation covers the introduction and the 1938 entry, establishing her circumstances, family situation, and lifestyle before the war disrupted everything. The full document contains extensive daily and monthly entries covering the entire period from 1938 through 1953, with detailed accounts of family life, wartime experiences, and postwar adjustments. Complete translation would be required for comprehensive biographical and historical documentation.\]
Rok 1938 (do 1953)
Jadwiga Czartoryska
Zeskanowane z maszynopisu (znaleziony na Krechowieckej już po śmierci
Mamy) przez Jerzego Czartoryskiego w Aylmerze, w lutym 2010
1938
Zamieszkaliśmy w dworku nazwanym przez, nas Głuszyną, gdyż leżał na
pograniczu między folwarkami Babki i Głuszyna. Przed naszym
wprowadzeniem się urzędował nadleśniczy i były biura nadleśnictwa oraz
jego mieszkanie. Ostatnia był p. Varisella, przeniesiony do wynajętego
domu w Górnym Puszczykowie tuż przy granicy naszych lasów Wirach. Myśmy
byli nowi, on od lat wprowadzony w administrację majątku, więc był
bardzo pewny siebie i rządził, co się zwłaszcza mnie nie bardzo
podobało. Gdyby nie wybuch wojny, mógł sam właściciel bez nadleśniczego
mając bardzo dobrych i oddanych gajowych poprowadzić lasy, a folwarki:
Głuszyna, Babki i Wiry były wydzierżawione i na razie trzeba było
przedłużyć dzierżawy, gdyż mocno obciążeni rodzinnymi spłatami i
długami nie mieliśmy, za co kupić inwentarza i zagospodarować się.
Dopiero zaczęliśmy robić piękne plany. Tatuś chciał postawić tartak nad
Wartą przy lesie Głuszyna Leśna, aby drzewo sprzedawać przetarte drożej
niż na pniu. Zrobiliśmy plany domków jednorodzinnych na Kątniku nad
Wartą koło Lubonia i Puszczykowa, chcieliśmy je sprzedawać już
wybudowane i w ten sposób pozbyć się obciążeń i móc inwestować. Niestety
nie zdążyliśmy przed wojną niczego zrobić. Mieliśmy już wybrany dom w
Głuszynie gdzie chciałam założyć przychodnię dla matek i dzieci, bo tego
wtedy jeszcze u nas nie było, a miała to prowadzić z moją pomocą siostra
„skrytka”. Takie były niespełnione marzenia. W Taczanowie u
Taczanowskich oglądaliśmy bardzo sympatyczną klacz, którą mieliśmy
kupić, jako wierzchową dla mnie. Itak dalej, i tak dalej.
W domu- mieliśmy gosposię, ostatnia była zacna i wierna Stefania
Dziubówna, która gdy nas już nie było pilnowała domu i niestety ukryła
broń przechodzących żołnierzy, to przyczyniło się do tego, że Gestapo
uwięziło ją, zesłało do obozu i zmarła w Oświęcimiu. Dziewczyną do
wszystkiego w domu była Stasia Rzepka z Konarzewa, a służącym szoferem
Antek Ziętek, który w czasie frontu z Jędrkiem moim bratem naszym
Mercedesem z Zwierzyńca wyjechał na wschód i gdy zabrakło im benzyny na
piechotę wrócili do Nawojowej.
Prócz służby domowej był też stróż, który nocami pilnował domu, oraz
pompował wodę do rezerwuaru, z którego korzystało się do picia i mycia.
Był też furman do pożyczonych "bułanków" z Konarzewa. Nimi, lub jednym
linijką jeździliśmy do lasu. Powozik ładny dostaliśmy, jako prezent
ślubny od Romanów Cz.
Na wiosnę pojechałam do Krakowa do badania Żubrskiego i on zapisał mi
br. mocną kurację w Krynicy gdzie przebywałam 6 tygodni i wracając
wstąpiliśmy jeszcze do Częstochowy nowo kupioną Hansą, no i Bóg
pobłogosławił, bo zaczęłam spodziewać się dziecka. Jeszcze z Krynicy,
dokąd Tatuś przyjechał pojechaliśmy autem do Warszawy na pogrzeb mojej
Babki Marii Woronieckie j. Umarła, w Bielicach i została pochowana w
rodzinnym grobowcu.
Podróż mieliśmy bardzo uciążliwą, bo sypał śnieg a w owym czasie nie
było elektrycznych wycieraczek ani ogrzewania w samochodach, więc całą
drogę, gdy Tatuś wiózł, ja ręcznie zgarniałam wycieraczką szybę. Na
pogrzeb zjechała cała najbliższa rodzina, a moja mama była w Bielicach
od dłuższego czasu pielęgnując swoją matkę. W Głuszynie ciągle ktoś nas
odwiedzał. Romanowie czasem konno w bród przez Wartę, a też przyjechała
C. Maryś Swieżawska z Heluś, Stefcia, która wtedy studiowała w Poznaniu
i często u nas bywała. Gdy nastał okres owoców, jeździliśmy po alejach
obsadzanych drzewami owocowymi by kupować czereśnie i wiśnie, sami,
bowiem dopiero; zaczęliśmy zabierać się do założenia sadu.
Latem Romanowie z 7 dzieci (Stasia jeszcze nie było) spędzali wakacje na
Juracie nad morzem Bałtyckim, Wybraliśmy się, więc tam by ich odwiedzić
i po drodze zwiedzaliśmy ciekawe miejsca. W Gdyni willa Śreniawa była
wynajęta, więc zamieszkaliśmy u kapitana marynarki, którego nazwiska
już nie pamiętam. Jeszcze w tym roku Tatuś był na 3~ tygodni owych
Ćwiczeniach wojskowych Toruniu.
Jesienią jak wszędzie w okolicy i tu nas odbyło się polowanie, na drobną
zwierzynę, tzn., bażanty, zające i króliki i kuropatwy. Odwiedzaliśmy
też bliższe i dalsze sąsiedztwa. Najbliżej żyli pp. Urungowie, jego żona
była Niemką i ona z córką w czasie wojny wyjechała do Niemiec, a ich syn
patriota polski poszedł do wojska i stracił nogę. Do Konarzewa jeździło
się często i utrzymywało bliskie stosunki, a odwiedzaliśmy też dalszych
jak Turew, Cioci Uji Chłapowskiej ciotecznej siostry mojej mamy,
Rzegocin Cioci Teońci Chłapowskiej (siostra mego Dziadka Pawła
Woronieckiego) Grabianowo Wojtków Mańkowskich i Brodnicę Kazików
Mańkowskich, obaj bracia W. Antosia mojego szwagra. Byliśmy też w
Baszkowie ot Olgierdów Czartoryskich, jego, żona Tildy Habsburg
zabawnie mówiła po polsku, bo uczyła się języka także od furmanów. U
matki Olgierda Cioci Manieczki oboje mieszkaliśmy w Poznaniu za
„panieńskich" czasowi ją również odwiedzaliśmy. Do Poznania jeździło się
atutem na różne imprezy i na większe zakupy. Zwykle wtedy obiad jadało
się w Bazarze - hotel gdzie spotykało się zawsze dużo znajomych; i
krewnych, którzy z okolicy dojeżdżali. W tym roku odwiedzali nas też
Witoldowie Cz., Andrzej i Staś Krasińscy, Piotr swoją Lancią, bo robił
objazd Polski i wielu innych, trudno wszystkich spamiętać. Boże
Narodzenie spędzała w tym roku u nas moja Mama gdyż nadchodził termin
urodzenia naszego pierwszego, dzidziusia. Przyjechała też zacna i bardzo
dobrze znana p. Zapłacka, akuszerka, która przyjmowała dzieci C. Tereni
w Konarzewie. Już święta u nas spędzała, bo straszono, że dziecko ma
przyjść na świat około 15 grudnia, a tymczasem musieliśmy poczekać aż do
Nowego Roku.
Piękna książka gościnna, którą otrzymaliśmy na prezent ślubny zginęła w
czasie wojny, to mi uniemożliwia spisanie nazwisk wszystkich
odwiedzających nas od 1937 do wojny w 1939 r.
1939
Rok ów nieszczęśliwy, zaczął się dla nas radośnie gdyż o 6-tej rano po
nieprzespanej nocy przez szczęśliwego ojca, mojej Mamy, p. Zapłackiej i
doc. Stockla z Poznania urodził się nasz pierworodny, śliczny, ważący
3.85 kg i mający 56 cm długości synek Jerzy. Po tym dość długim i raczej
ciężkim porodzie miałam oczy podpuchnięte tak, że przez Szparki tylko
oglądałam to moje wymarzone dziecko. Ale jak zawsze wydawał mi się
prześliczny, bo był dorodny, gładziutki zgrabny. Zaczęłam sama go
karmić, ale już po paru tygodniach musiałam dokarmiać go z butelki, co
nie było takie uproszczone jak w obecnych czasach. Butelki gotowało się,
mleko też i dodawało połowę wody cukrzonej i tak przygotowywało się
porcje na cały dzień. Dużo z tym było roboty, którą robiła przyjęta
bona.. Po wyjeździe zacnej pani Zapłackiej przyszła polecona przez Prof.
Jontehera z Poznania br. fachowa, ale niesympatyczna, gruba i brzydka p.
Cecylia? Była bardzo pewna siebie i bywało, że „rządziła” nawet nami,
np. nie pozwalała wchodzić do pokoju Jerzego w pewnych porach. Długo,
tęga nie wytrzymałam i przez szkołę prof. Groera ze Lwowa dostaliśmy
pannę Marię Nowosielską, młodą, ale sumienną osobę, która przebyła z
nami wojnę, tzn. front i z Pełkiń dojechałam z nią do Nawojowej; skąd
odeszła dopiero w 1943 r. chcąc dostać się do rodziny we Lwowie. Jerzy
nazywał ją "A-A”.
Cztery dni po urodzeniu tj. 4 stycznia odbył się chrzest Jerzego. Ojcem
chrzestnym był Piotr (brat) a matką chrzestną C. Maryś. Zawieźli go
autem do kościoła, zresztą ślicznego, w Głuszynie. Gdy Piotr wziął go na
ręce w starej „dziadowskiej” ozdobnej podusze i powiedział, „jakie to
lekkie” to oburzona p. Zapłacka zagroziła, że dołoży cegłę by odczuł
wagę niesionego chrześniaka. Na chrzest zjechało trochę gości przede
wszystkim Konarzewo i Rodzice z Pełkin,
Zima była łagodna i ciepła wiosna, więc wcześnie zaczęliśmy wystawiać
Jerzego na dwór, często wywoziłam go do sosnowego lasku otaczającego
dom by tam w cieniu i dobrym powietrzu mógł spać. Otoczenie od razu
robiło się coraz ładniejsze, bo zaczęliśmy sadzić kwiaty np. bardzo
piękne gladiolusy, no i przygotowywało się miejsce na duży sad. Kwiaty
zdążyły zakwitnąć zanim wyjechaliśmy, ale reszta planów nigdy nie
doczekała się spełnienia. Biedny Jerzy dostał nie wiem, z jakiego,
powodu (może go coś ugryzło) głębokiego wrzodu na siedzeniu. Widać było,
że go to bardzo boli, bo ani się nie śmiał ani nóżkami nie ruszał, a
wrzód nie chciał pęknąć, wobec tego poprosiliśmy znajomego z lat
panieńskich bardzo sympatycznego chirurga drą. Bylinę, który przyjechał
i przeciął ten paskudny wrzód. Jerzy bardzo szybko odżył, zaczął głośno
się śmiać, wierzgać nóżkami i było po biedzie.
Rodzina po kolei zjeżdżała się by poznać, nasze życie domowe no i
udanego synka. W maju na dłuższy pobyt przyjechała ukochana "Buńcia" by
zobaczyć pierwszego prawnuka, (Stefanowie Świeżawscy mieli, bowiem tylko
2 córeczki) Bunia potrafiła godzinami się nim bawić, bo zawsze ogromnie
dzieci lubiła, i później w Nawojowej w czasie okupacji Jerzy mieszkał w
pokoju obok Buni i ona się nim bardzo specjalnie opiekowała Wtedy
przyjechał też brat mój Paweł, który miał 14 lat i po kolei siostry
najczęściej Stefcia, która studiowała w Poznaniu na szkole społecznej,
była też Hela, o którą wtedy starał się Antoś Mańkowski, więc się to
częściowo i u nas odbywało. Chcieliśmy wiosną zrobić podróż do
Finlandii, ale Tatuś Wasz dostał wezwanie na ćwiczenia wojskowe 3
tygodniowe i to nasze plany pokrzyżowało. Parę tygodni siedzieli też u
nas Rodzice z Pełkiń, byli u nas i w Konarzewie, a Romanowie często,
konno wpław przeze Wartę do nas dojeżdżali. Ale potem stało się
nieszczęście, bo brat Cioci Tereni Stanisław Zamoyski z bratem C. Zosi
Włodkowej Janem Tyszkiewiczem zabili się w awionetce prowadzonej przez
Stasia Z. Obaj wracali z: rekolekcji i tak tragicznie zginęli. Miało to
wpływ na zdrowie C. Tereni, która 8 maja urodziła 8-me dziecko -
drugiego synka Stasia. Dojeżdżałam, więc ja do niej i byliśmy na
chrzcinach małego, trzymał go chyba Staś Krasiński z Zosią - Piufcią,
siostrą C. Tereni, późniejszą siostrą Niepokalanką. Gdy latem przyjechał
Piotr Lancią jeździliśmy z nim po lasach i okolicy. Było bardzo
spokojnie, miło, ale niepokojące były wstrętne przemowy wrzaskliwe
Hitlera, które przygotowywały naród do wojny. U nas dość beztrosko
twierdziło się, że jesteśmy "gotowi i zwarci" i że wojny nie będzie. Ale
gdy w Pa znaniu urządzano próbny alarm przeciwlotniczy, ja się strasznie
tym przejęłam i przeraziłam.
Tak na wyjazdach do lasu, do sąsiadów, do Konarzewa, do Poznania i na
przyjmowaniu bliskich, upłynęło nam tych 7 miesięcy tego. Roku. Raz Adaś
poleciał samolotem z Poznania do Warszawy dla jakichś spraw odwiozłam go
na lotnisko i żegnałam z emocjami, bo wtedy czysto samolotami się nie
jeździło. W zimie wyjeżdżał na polowania doroczne do Poturzycy,
Nawojowej i jeszcze nie pamiętam gdzie.
Byli w tym roku: u nas Witoldowie Cz. (braterstwo, Tatusia), Staś i
Andrzej Krasińscy, przyjechał też ks. Stanisław i z nim i Stefcią
zrobiliśmy wycieczkę do Biskupina. Trudno dziś odtworzyć wszystko, co
się wtedy robiło, kogo widziało itd.
W sierpniu Pełkinie przygotowywały się na wielką uroczystość 50-lecia
małżeństwa Rodziców Tatusia, a więc Waszych Dziadków. Zjazd zapowiadał
się duży, bo już wówczas mieli około 30 wnuków a z 11 dzieci nie żył
tylko jeden syn Kazimierz z Żórawna. Na tę uroczystość też nie
przyjechali Michałowie Krasińscy z Bojar, bo ich córka Hanusia dostała
ropnego zapalenia ślepej kiszki i umarła. (Michał Krasiński był mężem C.
Marysi Cz. siostry Tatusia). Myśmy wysłali Jerzego koleją z panną Marią
a sami pojechali nowo kupionym Mercedesem z szoferem Antkiem, potrzebnym
w Pełkiniach do pomocy przy tylu gościach. Uroczystość odbyła się
ślicznie 15 sierpnia. Gości było coś 120 osób, był Kardynał Sapieha,
cała moja. Rodzina, no i tłumy krewnych Czartoryskich, Cieńskich,
Szembeków, Dzieduszyckich, Mycielskich, małżeństw, księży i młodzieży.
Po mszy św. odprawionej w kaplicy pałacowej przez synów było poświęcenie
ofiarowanej przez dzieci figury Matki Boskiej z Dzieciątkiem ustawionej
w parku a wykonanej z piaskowca, przez rzeźbiarkę Wisię Horodyską. Potem
był wielki obiad, fotografie, spotkania, opowieści. W tym okresie
odwiedziliśmy Witoldów, którzy już ładnie, urządzili się w Surochowie,
był to ładny dwór w folwarku, który Witold dostał od Ojca po ślubie z
Betką Radziwiłłówną. Składaliśmy też wizyty w Zarzeczu, Przeworsku i
jeszcze w kilku sąsiedztwach.
Wieczorem 25~go sierpnia, gdy siedzieliśmy jeszcze przy kolacji wezwano
Tatusia do telefonu i potem dostarczono telegram wzywający go w ramach
mobilizacji do wojska do Gniezna gdzie ostatnio został przydzielony do
17 PAL (tj. artylerii lekkiej a przedtem służył w artylerii konnej). To
była Armia Poznań. Losów Tatusia nie opisuję, bo zrobił to osobno i
nagrane jest przez Jean na kasecie.
Po otrzymaniu tego wezwania, pożegnaliśmy się ze wszystkimi i
pozostawiając Jerzego z Panną Marią pod opieką Rodziców, wyjechaliśmy
naszym nowym Mercedesem z szoferem Antkiem Ziętkiem gdzieś, około godz.
10 wieczorem i przejechawszy ponad 500 km dojechaliśmy do Głuszyny.
Wieźliśmy całą noc na zmianę, było ciepło i pogodnie, czajki nad Wartą
latały i jazda ta zostawiła mi bardzo specjalne wspomnienie.
W domu Tatuś przebrał się w mundur, spakował najpotrzebniejsze graty i z
Antkiem pojechał do swojej jednostki do Gniezna. Ja rozpoczęłam
pakowanie rzeczy, które zdążyłam jeszcze wysłać do Nawojowej, futra i
ciepłe zimowe rzeczy, bo w Pełkiniach mieliśmy letnie i stroje
wieczorowe (frak, smoking i żakiet) potrzebne na tamtejsze uroczystości.
Spakowałam też najcenniejsze rzeczy, książki, obrazy itd., które na 2
dni przed wybuchem wojny wysłaliśmy końmi na „wschód”, aby je wraz: z:
rzeczami Romanów ulokować bezpiecznie u rodziny. Niestety daleko nie
dojechały, bo wojsko zabrało konie, a skrzynie częściowo rozbite wróciły
już po moim wyjeździe do domu gdzie zaraz po wejściu Niemców osiadł
tzw., Treuchendar, czyli zarządca majątku, do którego właściciele nie
mieli już praw. Rzeczy nasze używała paskudna Niemka, żona tego pana i
gdy front i ruscy się zbliżali ona spakowała, co się dało i wiała na
zachód. Podobno Ruscy gdzieś ją dopadli i zrabowali wszystko tak, że
myśmy tych rzeczy nigdy nie odzyskali. Jeździłam jeszcze do Gniezna by z
Tatusiem się zobaczyć (dałam ma wtedy ryngraf, który nosił na szyi) i
obmawialiśmy, co i jak załatwić.
Latem piorun spalił stodołę w Głuszynie, udało mi się jeszcze wydostać
pieniądze za ubezpieczenie, co nas w tych trudnych czasach ratowało, bo
miałam na zakupienie zapasów żywności, na benzynę itd. Dostałam chyba
20~25 tyś zł, co było dużą sumą.
Napakowawszy samochód do pełna pojechałam jeszcze do Konarzewa by umówić
się z Romanami, co do dalszych planów. Stryj poszedł na ochotnika do
wojska - do sztabu, szofer ich zacny Józef też, więc oddałam Cioci
naszego Antka i sama pojechałam do Wrześni gdzie miałyśmy się spotkać.
Przenocowałam w hotelu i gdy do rana Cioci nie było postanowiłam jechać
dalej biorąc w każdej napotkanej stacji benzynę, bo mogło jej zabraknąć.
Był to dzień mobilizacji, rozwieszano wszędzie ogłoszenia o naborze do
wojska. Pękła mi guma w aucie i nie mogłam sobie poradzić ze zdjęciem
koła, prosiłam takiego przejeżdżającego by mi pomógł, ale odpowiedział,
że rozwozi karty mobilizacyjne, więc nie może się zatrzymywać. Wreszcie
sama sobie dałam radę i pojechałam dalej. Wieczorem dojechałam do
Białaczewa Platerów gdzie wzbudziłam sensację, że w taki dzień jadę bez
szofera i to w tak daleką drogę. Tu umówiłyśmy się z Teresą, która
wreszcie dość późno wieczorem dojechała, przenocowałyśmy wygodnie, choć
dom pełen był i najbliższej rodziny i dalszych krewnych.. Ludwik Plater
już też wybierał się do wojska jak wszyscy mężczyźni. Dość wcześnie
wyjechałyśmy i zajechaliśmy do Pilczycy, do wuja Władka Zamoyskiego,
ojca C. Tereni. Tam przez radio usłyszeliśmy pierwsze meldunki o
niemieckich bombardowaniach - a więc wojna! Wiadomości były przerażające
"UWAGA UWAGA, nadchodzi" to alarmy przeciwlotnicze. Nie zwlekając
pojechałyśmy dalej w dwa samochody. Ja z C. Terenią naszym a szofer ich
dużym Buickiem, spieszno nam była do dzieci (Ciocia miała ich 8-ro. i na
dodatek Wandę Krasińską) W Sandomierzu w bardzo źle wybranym miejscu
zatrzymano, nas między mostami a torem kolejowym z powodu alarmu
przeciwlotniczego. Przeczekałyśmy chwilę, ale zdecydowawszy, że to punkt
bardzo narażony, Antek wbiegł do aut zapuścił w obu motory i wtedy my
biegiem dobiegłyśmy i pędem uciekły z tego miejsca. Już bez przeszkód
dojechaliśmy wieczorem do Pełkiń, gdzie zastaliśmy pełny dom, ale
wszyscy byli zdrowi. W dzień zaczęliśmy kopać głęboki rów żeby mieć
gdzie się schować w czasie nalotu. A te powtarzały się często i nad nami
też samoloty przelatywały, ale tam żaden bomby nie spuścił. Wreszcie
zjawili się polscy wojskowi, którzy zapowiedzieli, że przewidziana jest
linia oporu cofających się wojsk na Sanie, wobec czego proszą by rodziny
z dziećmi wyjechały bardziej na wschód. W Pełkiniach byli też moi bracia
i Danusia. Józio przyjechał konikiem i swoim wózkiem z puchaczem a na
wąsach powożonych przez fornali wysłali rodzice trochę rzeczy i zapasy
męki, kaszy itd. Postanowiliśmy jechać do Klemensowa (koło Zamościa)
gdzie po okropnie ciężkiej jeździe nocą bez świateł na zatłoczonych
szosach, przez: palące się miasteczka (Tomaszów Lubelski stał cały w
ogniu), dojechaliśmy do Klemensowa. Pałac był przepełniony tak, że
przenocowaliśmy raz koczując na podłogach, byli tam Jasiowie Zamoyscy i
zaproponowali nam swój dom w Zwierzyńcu, który ze względu na stan Rózi
(spodziewała się pierwszego dziecka) oni opuściliby być przy rodzinie.
Wybrałam się, więc z Anną do- Szczebrzeszyna gdzie Zamoyscy mieli
cukrownię i zakupiłam tam worek cukru. Ogłoszono alarm, zeskoczyłam,
więc do rowu i tam nagle spotkałam się nos w nos z starym elegancko
ubranym Żydem. Przeraził mnie, więc uciekłam i wróciłyśmy do Klemensowa,
a stamtąd naszymi samochodami do Zwierzyńca, dokąd i fury nawojowskie i
moje rodzeństwo dojechali. "Wygwizdówka” była to willa stojąca na
pagórku niedaleko folwarku otoczona sadem, parter był murowany a piętro
drewniane otynkowane. Jasiowie zostawili dość dobrze zaopatrzoną
spiżarnię 2 krowy, które musieliśmy doić, kury, więc zarazie głód nam
nie groził, a było nas w sumie ponad 20 osób. Zabraliśmy się do
wykopania rowu ochronnego, który wyłożyliśmy wspaniałą grubą "bają"
rodzaj flaneli, co nam bardzo ułatwiało siedzenie w niewysokim rowie. W
naszym aucie tę drogę odbyłam z p. Marią, Jerzym leżącym na materacyku
z wózka, Wandą Krasińską i Antkiem, z którym na zmianę wiozłam. Teresa
miała teraz szofera z Pełkiń, p. Agnieszkę Majównę, sławą Tetę a dziś
Del (i 8 dzieci) Staś miał wtedy niecałe 4 miesiące a nasz Jerzy 8
miesięcy.
Popołudniu nadeszli polscy żołnierze i zapowiedzieli, że noc musimy
spędzić w „schronie”, bo będą nad nami strzelać. I tak też było. Całą
noc słychać było wystrzał armatni potem świst lecącego pocisku i
detonację. Rano zrobiło się nagle cicho, więc dzieciarnia zmęczona
wyległa do sadu, gdy nagle posypały się kule a karabinu maszynowego.
Nurknęliśmy wszyscy w szalonym tempie znowu do schronu i po jakimś
czasie, gdy się strzelanina uspokoiła zobaczyliśmy nadchodzących
Niemców. Straszna to była chwila żalu, niepokoju i złych przeczuć. Jeden
z tych żołnierzy widząc Jerzego siedzącego w wózku zbliżył się i
pogłaskał go po twarzy, widząc to krzyknęłam „fuj" i pieluszką umyłam
mu buzię. Dobrze, że on mnie wtedy nie zastrzelił, ale zrobiłam to bez
namysłu w pierwszym odruchu obrzydzenia. Jeszcze poprzedniego wieczoru
szosą do Zwierzyńca nadjechały czołgi i zaczęły zapalającymi nabojami
ostrzeliwać pobliskie domy, tak, że wkoło widać było pożary. Nasz;
budynek też otrzymał takie pociski, ale widać Bóg opiekował się rodziną
pełną niewinnych dzieci, bo żaden nabój nie wzniecił pożaru. Tylko
Józio wykorzystując hałas w sadzie zastrzelił wronę, dla swego puchacza,
i gdy zrobiło się "'gorąco” zajechał przed dom i ledwo udało mi się
wciągnąć biednego sparaliżowanego chłopaka da środka.. Była to
nieprzyjemna chwila, bo te pociski świszczały nam nad głowami. Od
Tatusia naturalnie nie była żadnych wiadomości, więc tylko cięgle
modliłam się by go nie stracić. Zdawałam sobie sprawę, co on musi
przeżywać widząc tę potworną klęskę, a był zawsze tak gorącym Polakiem.
Niemiecka jednostka umieściła się gdzieś w pobliskich budynkach,
zarekwirowali nasze samochody (Jędrek mój brat z Antkiem dnia
poprzedniego naszym mercedesem wywiali na wschód by się nie dać
złapać). Gdy weszli bolszewicy a im zabrakło benzyny wracali do
Nawojowej pieszo lub okazjami.
Popołudniu 2 podoficerów weszło do domu i pod pozorem rewizji za bronią
ukradli C. Tereni całą schowaną biżuterię. Doniosłyśmy o tym w sztabie i
o dziwo, po przeszyło roku, gdy Ciocia mieszkała jeszcze w Konarzewie
oddano jej całą zgubę a tych złodziei zdegradowano i posłana ma front.
Dziwne się wtedy "uprzejmości" zdarzały, bo to było wojsko a nie, SS czy
Gestapo. Postanowiłyśmy by wracać do Pełkiń. Teresa, więc pojechała da
głównego dowodzącego do Klemensowa prosić by dali nam jej samochód na
przewiezienie przynajmniej najmniejszych dzieci i przepustki by reszta
towarzystwa mogła furami wrócić do siebie. Popołudniu, gdy nikt się tego
nie spodziewał nagle zajechał przed dom wielki autobus z szoferem
wojskowym i drugi oficer za nim, kazali się szybko spakować i zabrali
nas wszystkich, tych 22 osoby, do Pełkiń. Zajechaliśmy późno wieczorem
i zdziwienie i radość rodziców była ogromna, gdy się ten cały tłum
wysypał z autobusu. Następnie rodziny porozjeżdżały się da swoich domów,
a Teresa z dziećmi i ja pozostałyśmy by czekać na wiadomość ci od
naszych mężów Zaczęły się wtedy jeszcze łagodniejsze rządy wojskowe.
Pozwolili Ojcu zatrzymać broń myśliwską i dość uprzejmie rozmawiali,
póki nie przestrzegli, że teraz: ich okupacja się kończy, bo przybyło
Gestapo i ono obejmuje rządy. Wtedy to zjawił się niespodziewanie Tatuś,
ubrany po cywilnemu i ku naszej wielkiej radości zdrów, choć wymęczony
przeżyciami. Akurat, gdy grzebaliśmy w kufrach w "skarbcu" pod sienią
zjawiło się Gestapo i zrobiło rewizję. Siedzieliśmy tam cicho zamknięci
aż do ich wyjazdu, ale wtedy postanowił Tatuś jak najprędzej wyjechać do
Nawojowej, bo Niemcy węszyli za wojskowymi synami Rodziców. Zabrał, więc
rzeczy na furę, dostał jakąś przepustkę, jako uciekinier powracający do
siebie i szczęśliwie pa 3 dniach dojechał na miejsce. Tam mój ojciec
pomógł mu zameldować się i to wszystko doskonale się udało. Teraz też
wrócił Włodek i Piotr. Po paru dniach ich pobytu znowu nastąpiła
rewizja, zabrano broń no i obu braci do wiezienia do Rzeszowa. Piotr na
taśmie opowiedział swoje przeżycia, spotkania w więzieniu z Witosem itd.
Czekałam teraz na okazję by Jerzego z p. Marią przewieźć do Nawojowej.
Byłam jeszcze w Pełkiniach na imieninach Mamy i moich, była cudna pogoda
i ciepło, ale zaraz potem nastała zimna jesień i nawet śnieg.
Nieoczekiwanie, bo trudno było o porozumienie zjawił się człowiek z
furgonetką (stara karetka pogotowia, z tak słabym akumulatorem, że ledwo
mógł zapalić. Jechał po coś do Jarosławia i dał znać żeby za 2 - 3
godziny być gotowymi do wyjazdu. Tak też się stało i jechaliśmy w tej
śmierdzącej benzyną zamkniętej budzie do późnego wieczoru. Jerzy jakoś,
zniósł to bez szwanku. Dojechawszy do Nawojowej samochód ledwo wydostał
się pod górę do pałacu i tam motor zgasł zupełnie, tak, że trzeba było
akumulator zanieść na tartak gdzie go doładowali. W ten sposób po
długiej przerwie zostaliśmy wreszcie połączeni. Rodzice dali nam
niebieski pokój gościnny z łazienką, ale pokoje obok były zajęte przez:
innych gości, więc Jerzego z p. Marią umieścili w starej części zamku w
bibliotece sąsiadującej z pokojami Buni.
Tam przemieszkał prawie rok. W styczniu odbył się ślub siostry mojej
Heli z Antonim Mańkowskim i przyjechała Kazimierza Biskupiego koło z
Konina jego matka a 2 siostrami i 3 braćmi, więc w domu było bardzo
pełno. Dopiero, gdy Antosiowie urządzili się w Brzeznej (folwark z;
domem z drugiej strony Sącza), matka moja przydzieliła nam następne 2
pokoje gdzie zamieszkał synek i urodzona 8 grudnia 1940 r. Marysina i 17
marca 1942 r. Izabella. Mój Ojciec zatrudnił Tatusia w lasach, co go
zabezpieczyło przed wyjazdem do Niemiec, najpierw Tatuś musiał meldować
w Nowym Sączu, codziennie, potem, co tydzień aż wreszcie go ze tego
zwolnili. Dom nasz i rodzina byli ośrodkami konspiracji. Już 8 grudnia
1939 r. Gestapo przeprowadziło pierwszą rewizję w domu, ale nic i nikogo
nie znaleźli. Brata Jędrka zaaresztowali, ale wypuścili go niedługo, nie
mu nie udowodnili. Dziadunio, doskonale mówił po niemiecku, więc ona
stał poza konspiracją, to znaczy wiedział, że coś się dziej, że różni
„znajomi” nocują i potem znikają (był punkt przerzutu do Wągier), że
wszyscy są zaangażowani, lecz, udawał niezainteresowanego, co ze względu
na Niemców, z którymi musiał gadać było ważne i wielu ludzi swoimi
stosunkami uratował.
Wyjeżdżając z Pełkiń Jerzy zaraził się tam od dzieci kokluszem, który
przez: parę tygodni przechodził już w Nawojowej. W listopadzie
zostawiliśmy go z p. Marią pod opieką Prababuni i rodziny i
pojechaliśmy do Krakowa gdzie spotkaliśmy się z C. Terenią, która z całą
dzieciarnią wracała do Konarzewa. Z nami pojechała też moja siostra Hela
by szukać zaaresztowanego w Koninie Antosia Mańkowskiego. W Krakowie
dowiedzieliśmy się, że w Poznańskim Niemcy mordują właścicieli ziemian
- już zginął Jan Szołdrski, Henryk Grocholski, Potworowski, Pacyński i
wielu innych wobec tego zdecydowaliśmy, że pojadą tylko panie, a Tatuś
wrócił do Nawojowej. Pojechałyśmy, więc przez Wrocław do Poznania, skąd
Teresa do Konarzewa. Hela do Konina a ja do Głuszyny. W naszym domu
zastałam „Treuhendera”, który pilnował wszystkiego. Pod jego nieobecność
końmi z folwarku odwiozłam do pp. Unrugów w Piotrowie obraz piękny
włoskiej szkoły, który dostaliśmy od Rodziców z Pełkiń i ładny chodnik
cenny od Stefanów Świeżawskich na ślub. Ledwo z Piotrowa zostawiwszy tam
rzeczy wyjechałam, gdy nadjechał niemiecki żandarm, zauważył spakowane
skrzynie zainteresował się nimi i zrobiwszy awanturę, Unrugon, że
przechowują rzeczy Polaków (pani była Niemką) wszystko zabrał.
Tylko parę dni, zatrzymałam się w naszym domu, spakowałam parę
znalezionych drobiazgów i pilnowana by niczego nie wywozić spotkałam
się z C. Helą w Poznaniu, która dotarła do więzienia w Koninie, widziała
narzeczonego. Z C. Teresą też byłam w kontakcie, ale już nie pamiętam
czy do Konarzewa dojechałam. Koleją znów przeze Wrocław - Kraków
wróciłyśmy do Nawojowej. Zima była ostra, jak wszystkie następne
okupacyjne i życie toczyło się dosyć normalnie. Do stołu siadało zawsze
około 20 osób, więc Babunia miała nie lada problem by wszystkich
nakarmić. Nawet z własnego majątku nie można było czerpać dowolnie,
trzeba było oddawać kontyngenty w zbożu, ziemniaki itd., zabicie świni
mogło kosztować życie, trzeba było mieć na wszystko zezwolenia i
przydziały. Dawali dość duże przydziały wódki, co nas często potem
ratowało, jako pieniądz wymienny. Nawet wysiedleni z Wiosną zjawili się
niespodziewanie Stefanowie Swieżawscy z dworny małymi córeczkami Heluś i
Mają. Uciekli ze Lwowa przed wywózkami przeszli przez; zieloną granicę
z, wielkimi przygodami i szczęśliwie dotarli do Nawojowej. Po pewnym
czasie przenieśli się do Szczawnicy do własnego dużego sanatorium,
zajętego przez Niemców, ale Stefanowi udało się zostać tam zarządcą i
mieli swój ładny apartament i dobre warunki. Jeździliśmy tam do nich w
odwiedziny. W sierpniu byliśmy tam na I Komunii św. Heluś.
W lipcu tego roku odbył się w Dzikowie u Tarnowskich (Róża Arturowa była
siostrą Anny Zamoyskiej z Klemensowa) ślub Piotra z Anną. Zebrało się ze
30 osób z najbliższej rodziny, Zamoyskich. Rodzice i cała dostępna
familia Czartoryskich. Róża bez Artura, który był w Oflagu gościnnie
przyjmowała i był to jedno z ostatnich takich uroczystości w pałacu na
wsi. Mniej więcej w tym okresie w czasie podobnej uroczystości Niemcy
wymordowali w Zbydniowie rodzinę Horodyńskich i ich gości. Synowie
ukryci na strychu uratowali się i jeden z nich pod fałszywym nazwiskiem
(„Jarno”), spędził dłuższy czas w Nawojowej potem wyjechał do Warszawy
gdzie w czasie jakiejś akcji zginął jego brat też.
Ślub Piotrów odbył się bardzo ładnie, uroczystości w kościele
Dominikanów. Było śniadanie w pałacu gidzie mieszkaliśmy parę dni przed
powrotem do Nawojowej. W tym też roku, jako podróż poślubną spędzili
Piotrowie w lasach ryterskich na Radziejowej na Młakach gdzie ich
odwiedziliśmy ciesząc się piękną pogodą i zajadając się borówkami.
Wracając Tatuś chciał iść na "krótsze drogi”, co w górach rzadko się
sprawdza, no i zabrnęliśmy w bardzo strome i kamieniste potoki, ja byłam
wtedy już w ciąży i pamiętam, że zmęczona byłam, gdy wreszcie
wydostaliśmy się na znajomy szlakę. Ostatni okres spędziliśmy spokojnie
w Nawo j owe j, moja Mama robiła wtedy kurację w Szczawnicy w pierwszych
dniach grudnia sprowadziliśmy z Krynicy akuszerkę no i 8 grudnia w samo
święto Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej przyszła na świat córeczka,
nazwaliśmy ją Maria Krystyna (Jerzy nazywał ją MK) a potem została
Marysiną. Była normalnie duża 3.150 kg. tylko miało przy uszkach takie
kolczyki, które gdy już trochę urosła, doktor podwiązał i odpadły.
Jednak trochę ją to bolało i nie pozwoliła tam się dotykać. Dość szybko
po jej urodzeniu zaczęły się kłopoty, bo co zjadła, raczej wypiła to
zwymiotowała, powtarzało się to prawie przy każdym karmieniu, czy to
piersią czy z butelki, wobec czego łatwo, mogła zostać zagłodzona. Po
dwa trzy razy z; rzędu należało ją karmić, że by coś w tym brzuszka
zostało. Na sam widok wnoszonego jedzenia, zaczynała płakać. Lekarz,
specjalista od dzieci wysiedlony z Poznania orzekł, że to "skurcz
odźwiernika”, który o ile do 2 lat nie minie należy ją zoperować. Był to
bardzo trudny okres w jej wychowania, bo nie miała łaknienia, już dało
się jej prawie całą porcję mleka czy kaszki i nagle wszystko wyjeżdżało.
Karmienie rozpoczynało się od nowa. Panna Maria tego nerwowo nie
wytrzymywała i wobec tego ja ją stale karmiłam i obliczyłam z zegarkiem
w ręku, że spędzałam 5 godzin dziennie z łyżeczką w ręka. Na roczne
urodziny Marysinka "soczek z winka" jak Jerzy jej śpiewał, ważyła
zaledwie 8 k. Jerzy był bardzo milutki i czuły dla siostrzyczki.
1 stycznia 1941 roku Jerzy skończył 2 lata, już bardzo się rozwinął, był
roztropny, uważny, dobrze mówił i dużo słów znał, żył z całym domem w
przyjaźni. Wiosną pojechaliśmy z dwójką dzieci i p. Marią do Szczawnicy
do Stefanów, dali nam miły pokój w Modrzewiach. Jerzy zaprzyjaźnił się
z dziewczynkami Stefanów i długo później on i Maja bawili się wymyśloną
panterą i to trwano lata. W sierpniu byliśmy znów w Szczawnicy na I
Komunii św. Maji.
Ale wcześniej były nowe przeżycia. Matka Tatusia chorowała, więc
postanowiliśmy pojechać do Pełkiń. Na dworcu, w Nowym Sączu odmówiono
wydania biletów. Niemcy napadli na Związek Radziecki i komunikacja na
wschód została wstrzymana. Z tej wojny ucieszyliśmy się ba była
nadzieja, że te dwa bandyckie kraje wyniszczą się nawzajem jak ta w
przepowiedniach, Wielogłoskiego i Wernyhory zapowiadano. Niespokojni o
los Pełkiń, gdy tylko otworzyli ruch pasażerski do Jarosławia,
pojechaliśmy do. Rodziców, przebywaliśmy tam około tygodnia, gdy 12
lipca rano Matka spokojnie zmarła. Była osobą świętą, szalenie wierzącą
i praktykującą. Ks. Kapelan codziennie przynosił jej Komunię św. Ojciec
był bardzo przejęty, ale opanowany i spokojny. Przyjechali wszyscy
synowie, Włodkowie z dziećmi byli na Miejscu, Piotr mieszkający w
Bielinach był też obecny, a księża dojechali. Pogrzeb odbył się po mszy
w kaplicy pałacowej zawieźliśmy trumnę do grobowca, w Zarzeczu,
położonego pod kościołem i tam do dziś dnia się znajduje, bo w Sieniawie
Mama nie chciała być pochowaną. Wróciliśmy do Nawojowej i Ojciec z, nami
tam na dłuższy pobyt się wybrał. A było bardzo ludno, o czym świadczą
posiadane przez: nas fotografie. Był, więc Nawojowej, jak co roku latem
Wujcio Biskup z ks. Kurowskim. C. Terenia Sapieżyna z C. Jadzią, C.
Zosia Dąbrowska z mężem profesorem i ich 2 córki, 0. Jacek Woroniecki
/Dominikanin/ moi Rodzice, siostry i bracia, Antoś Mańkowski i jego
siostry Basia i Wińcia, Kukala Sapieżanka naturalnie moja Bunia (Helen z
Sapiehów), wuj Leon Żółtowski. Był też Andrzej Lubomirski z Przeworska.
Dzieci nasze (Jerzy już dobrze biegał a Marysina stawiała pierwsze
kroki) uczestniczyły w tych licznych spotkaniach, nie bały się ludzi
ufnie siadały na kolanach Prababuni.
Jeszcze w sierpniu pojechaliśmy do Bielin na chrzest Moniki córeczki
Piotra i Anny. Była tam obecna, matka Anny C. Marynia Maurycowa Zamoyska
i Rózia Tarnowska z Dzikowa z którymś z dzieci. Adaś i Rózia trzymali
Monikę do chrztu. Witoldowie, którzy jakiś czas mieszkali w domku obok
już wtedy chyba byli wyjechali do Matki Betki, niecodziennej osoby
zwanej, „Palficą”, bo któryś jej mąż był Palfi i tam Witoldowie się
schronili.
Antosiowie M. latem przeżyli wielkie nieszczęście, bo Hela po 3-dniowym
porodzie urodziła martwego wspaniałego (=6 kg.) synka. Byłam przy
obecna, bo akuszerka okazała się do niczego, więc ja asystowałam
doktorowi i to było straszne przeżycie a dla Heli rozpacz.
Na szczęście w następnych latach mieli Antosiowie jeszcze 4 synów.
Zamieszkali w Brzeznej, folwarku należącego do Buni. Dworek niezbyt
duży ślicznie położony na wniesieniu z rozległym widokiem na dolinę
Popradu. Jadąc końmi z Nawojowej do Szczawnicy tam się często wstępowało
na odpoczynek. Brzezna leżała w stosunku do Nawojowej z, drugiej strony
Dunajca, jakieś 10 km od Nowego Sącza i tyleż do Starego Sącza.
Nadeszła zima, jak wszystkie okupacyjne było dużo śniegu i mrozu. Boże
Narodzenie pogodne, bo wszyscy wierzyli, że ta okropna wojna nie będzie
trwała latami i staraliśmy się nie tracić nadziei i zachować optymizm.
Tajne gazetki podtrzymywały na duchu podając wiadomości o ciężkich
walkach w Rosji, ale Niemcy nie przestawali prześladować ludności,
wywozili na roboty, podejrzanych aresztowali i zakładników
rozstrzeliwali. Tak zginął Eustachy Rylski - mieszkali oni w Nawojówce
zmuszeni, do opuszczenia swoich majątków w Hrubieszowskim. Zginęli wtedy
też mieszkańcy Nawojowej np. Staszek Kociołek, furman i współpracownik
Józia, a w Sączu, jako zakładników brali najzasłużeńszych ludzi i tak
zginął wielki przyjaciel Nawojowej, utalentowany malarz dyrektor Teatru
Amatorskiego, (zrobił bardzo udany portret Dziadunia, oraz szkic do
portretu, mojej Mamy, który wisi u nas, a jako nieudany darował kiedyś
Tatusiowi) Bolesław Barbacki.
Nadszedł rok 1942.
Zima była ostra i długa. Zamek ogrzewany był centralnie, w piwnicy były
2 wielkie piece, w których paliło się drzewem przywożonym stale z lasów.
Odstawione do tego były 2 czy 3 furmanki fornalskie, i jakoś Niemcy się
temu nie sprzeciwiali. Tartak pracował pełną parą i stamtąd mieliśmy w
pałacu, prąd elektryczny, a więc oświetlenie. Radia nie było, już na
początku wojny trzeba było wszystkie oddawać, tylko mój brat miał swój
zakonspirowany nadajnik i odbierał i nadawał wiadomości z Londynu.
Paweł, jako mechanik mu pomagał. Aparaty te były tak dobrze ukryte, że
pomawiające pomimo różnych restrykcji i trudności toczyło się prawie
normalnie. Do stołu przeważnie zasiadało około 20 osób, a wyżywienie
takiej ilości osób wymagało obrotności i dobrego sprawnego a
oszczędnego gospodarowania. Moja Mama jeździła kilka razy na tydzień do
Sącza, bo była prezeską RGO, więc musiała zarządzać wydawaniem obiadów
dla wysiedlonych i biednych, a też organizacją wysyłającą paczki do
więzień i obozów jenieckich. Ja oprócz zajęć domowych, pomoc przy
sianie itd. zajmowałam się dziećmi, zwłaszcza karmienie, Marysinki
zabierało masę czasu. Panna Maria nerwowo tych wymiotów jej i podawania
dwa trzy razy jednego posiłku, nie wytrzymywała, więc ja spędzałam tych
4-5 godzin dziennie z łyżeczką w ręku i równocześnie zabawiałam małą by
odwrócić jej uwagę od jedzenia. Radością było, gdy czasem tak się udało,
że zajadła swoją porcję i nią zwymiotowała. Była milusieńka, ale
szalenie drobna, na roczne urodziny ważyła tylko 8 kg. Ja wtedy
spodziewałam się następnej pociechy i to w tajemnicy przed rodziną, bo
bałam się, że w tych niebezpiecznych czasach Mama moja będzie przerażona
powiększeniem rodzinki. Przyznałam się dopiero, gdy w ostatnich
miesiącach już ukryć się tego, nie dało. Czułam się doskonale, więc
mogłam prowadzić zupełnie normalny tryb życia. Byłam w kontakcie z dr.
Dukietem w Krynicy i on naraił nam swoją dobrą położną, która
przyjechała w pierwszych dniach grudnia. Moja matka była na kuracji w
Szczawnicy, bo paląc bardzo dużo papierosów stale kaszlała i
potrzebowała inhalacji. Byliśmy, więc bez jej pomocy i rady i gdy poród
wieczorem się zaczął, posłano zaraz konie do Krynicy, ale że to było 25
km i pod ciężką górę (Huta), więc nie można było spodziewać się
szybkiego przyjazdu doktora. Dziecko urodziło się o 4-ej rano, gdy
przyszedł moment decydujący położna pobiegła jeszcze do kuchni po kawę
dla mnie, ale gdy wróciła okazało się, że Izabelce bardzo spieszyło się
by spojrzeć na ten świat, więc Tatuś tylko zdążył nalać spirytusu na
ręce pielęgniarki i już odebrała maleństwo podduszone okręconą pępowiną,
ale szybko, po paru klapsach krzyknęła i silnie zaczęła oddychać.
Tymczasem ja dostałam krwotoku i musieli oboje to jest Tatuś i pani
działać (trzymać ucisk macicy) i tak doczekaliśmy się przyjazdu doktora
około 8 rano. Wszystko dobrze się skończyło i mała była silna i zdrowa i
przyjęliśmy ją z wielką miłością i radością. Trzeba było tylko pilnować
by już chodząca Marysinka jej nie zrobiła krzywdy, raz uderzyła ją
kubkiem trzymanym w ręku w czoła, ale bez większej krzywdy. Mieszkaliśmy
wtedy w trzech pokojach obok siebie na parterze, były to tak zwane
pokoje gościnne, które nam rodzice oddali do dyspozycji. Przyjęliśmy do
pomocy pannę Helenę Jaromin, była to osoba znana i nam i rodzinie od lat
(kiedyś zajmowała się bratem naszym Jędrkiem), ostatnio hodowała całą
rodzinę Dzieduszyckich, Szeptyckich itd. Wsieliśmy ją pożyczoną od
Kazików Szeptyckich na 3 miesiące. Panna Maria Nowosielska wtedy już
była zadecydowano odejść, bo Lwów został zajęty przez Niemców, więc ona
chciała koniecznie tam wrócić by spotkać się z rodziną. Wtedy "nastała"
u nas p. Krysia Karpiniec, córka mieszkających wysiedlonych w Nawojówce.
Jej ojciec był adwokatem, więc na rękę było im by Krysia pracowała u
nas, co ją chroniło przed wywózką do Niemiec. Była miła z dziećmi, które
bardzo ją polubiły i została z nami aż do przyjścia sowietów, co nas
zastało w Kalwarii Zebrzydowskiej i gdy wracaliśmy do Poznania, ona
opuściła nas by spotkać się z rodzicami (to była wiosna 1945 r.)
Studiowała później medycynę w Poznaniu, ale kontakt a nami się urwał.
W tym czasie Niemcy zażądaliby dziadunia zaraz dał nowego dyrektora do
Szczawnicy na miejsce wywiezionego do obozu w Oświęcimiu zacnego
przyjaciela nas wszystkich, p. Maroszaniego, aresztowanego z żoną i
córką Wandą za przeprowadzanie ludzi za granicę i pracę w konspiracji.
Wtedy zaproponował Dziadunio by Tatuś objął tę posadę i zajął się też
lasami szczawnickimi. Zdecydowaliśmy się, więc na przeprowadzkę by
zamieszkać w willi Helena zwolnionej przez wywiezionych Maroszanich.
"Helena” była przez; Dziadunia przeznaczona na mieszkanie służbowe
dyrektorów Szczawnicy, przed wojną mieszkał tara Adam Woroniecki, który
przez, parę lat był dyrektorem. Dom ten położony był blisko Placu Ditla
centralnego punktu Szczawnicy Wyżnej, tam znajdowały się pijalnie wód
(Józefiny i Stefana), piwnica z butelkowaną wodą na sprzedaż nad nią sad
nią łazienki, dyrekcja, restauracja, kawiarnia i inne domy mieszkalne.
Nasza „Helena” otoczona niedużym ogrodem lazła przy drodze, na Bryjarkę,
przy której mieszkał Chramiec, zarządca Zdroju i była obora z naszymi
krowami dalej inni mieszkańcy mieli swoje domy. Nad ta droga, drewniany
mostek łączył obejście z dużym i dobrze owocującym sadem, tam tez były
grządki z warzywami itd. Zakończony był żywopłotem, za którym były pola.
W tym okresie, Stefanowie Świeżawscy już mieszkali w „Modrzewiach”,
sanatorium, które do nich należało, ale było zajęte przez Niemców i W,
Stefan zarządzał.
Do Szczawnicy pojechaliśmy w maju 1942 r. Panna Helena z Izabelką okazją
samochodową, a ja z dwójka dzieci, p. Krysia, dziewczyna Hanią Szczygieł
i bagażem końmi, brekiem, którym zawsze się tą drogę odbywało. To było
60 km przez Nowy Sącz i Stary Sącz, po drodze popasało się z godzinę,
aby konie odpoczęły. W Szczawnicy urządziliśmy się wygodnie, dzieci
miały swój pokój, umeblowanie dali nam Rodzice a częściowo dom był
wyposażony w ja potrzebniejsze sprzęty.
Zaczęło się normalne Zycie. Izabelka godzinami spała w koszyku od
bielizny w sadzie pod drzewami i była ślicznie opalona. Tamte dzieci
chodziły na spacery i miały przy domu piasek i zabawki.
Tatuś od początku zabrał się do administracji i wciągał się w sprawy
Zdroju i lasów, a przy tym zaprzysiężony został, jako komendant placówki
AK. Prowadził też, RGO – pomoc biednym, wydawanie obiadów, więc trzeba
było starać się o przydziały żywności, kartki żywnościowe itd. Ja prócz
domu zajmowałam się ogrodem. Na połoninach mięliśmy zakładowy duży sad,
masę tam było czereśni, jabłoni, a też truskawki itd. Ogrodnikiem bardzo
oddanym był Czaja, a jego syn Józek pasał nasze krowy. Poznaliśmy
wszystkich pracowników, ludzi uczciwych, życzliwych, w tych trudnych
czasach można było na nich liczyć, byli oddani pracy w konspiracji i
nigdy nie zawiedli. Myśmy ratowali ich od wywiezienia do Niemiec na
roboty. Tatuś rejestrował wielu ponad potrzeby, jako pracowników w
Zakładzie, ja broniłam kobiet i dziewcząt, jako pracowników w ogrodzie,
domu i tak często z emocjami, ale żyło się bez większych
niebezpieczeństw. Któregoś dnia wywieźli Niemcy wszystkich Żydów, szli
biedacy starzy i dzieci, mię wiedząc, jaki będzie ich los. My w
pierwszych czasach też nie orientowaliśmy się, że idą na zagładę,
dopiero tajne gazetki informowały o tym, co się w świecie dzieje. Ze
Stefanami mieliśmy stały kontakt a nasze i ich dzieci zgodnie się
bawiły. Prof. Stefan Dąbrowski żonaty z C. Zosią Żółtowską i ich córką
Jadzią mieszkali teraz, w Szczawnicy i sporo było osób wysiedlonych,
którzy dostawali pracę w Zakładzie Zdrojowym byle ratować ich od wywozu,
i jako pracujący dostawali kartki żywnościowe konieczne do zakupu chleba
itd. Aptekę prowadzili bardzo porządni pp. Pileccy, z którymi też się
zaprzyjaźniliśmy, lekarzem dzieci był dr. Kołączkowski, a starsi w razie
potrzeby chodzili do dra Wernera. Stary proboszcz umarł, a nowym zastał
Ksiądz Zygmunt - też kapelan partyzantów, sympatyczny i bardzo dodatni
człowiek.
P. Pileccy mieli synka w wieku naszych dzieci, więc dużo się razem
bawili, zimą na saneczkach ujeżdżali. Klimat tam był bardzo zdrowy nikt
właściwie nie chorował, dzieci czasem na brzuszki, ale w sunie dobrze
się chowały. Od czasu do czasu wyjeżdżało się do Nawojowej, a i rodzina,
co chwile nas odwiedzała. Jędrek (brat mój) był w lesie z AK, co go
zdrowotnie wykończyło, często schodził do nas przyżywić się i odpocząć i
bardzo kochał nasze dzieci, lubił się z nimi bawić. Marysina była jego
chrzestną córką.
Latem, gdy zaczęły się owoce, a potem pomidory, Marysina nagle zaczęła z
apetytem zajadać truskawki, pomidory, choć po nich dostała wysypki, tak
uwielbiała, że nie zakazałam jej ich dawać i ta dieta wyleczyła ją.
Prawie z dnia ma dzień przestała wymiotować, zaczęła chętnie jeść to, co
lubiła i odtąd już mię było z nią większych problemów. Aptekarze
straszyli, że gdy do 2 lat nie miną jej kłopoty trzeba będzie ją
operować.
Jesienią 1943 r. Piotrowie byli zmuszeni opuścić Bielimy, jakiś czas
mieszkali w Tarnobrzegu (w chałupie blisko zamku Tarnowskich) i gdzieś
we wrześniu czy październiku zjechali z całym dobytkiem do nas. Mieli 2
dzieci Monikę i Krzysia, który miał parę miesięcy.
Była z nimi Stefcia służąca, opiekunka dzieci, która z nimi jesienią
1944 r. po powstaniu Szczawnickim (i Warszawskim) wyjechała za granicę.
Jakoś wszyscy się w tym mię wielkim pomieściliśmy. Sprowadzili nawet 2
czarno-białe krowy, które stały w naszej oborze i po ich wyjeździe
zostały mam i pomagały w trudnych czasach wyżywić rodzinę. Sprzedaliśmy
je w Kalwarii Zebrzydowskiej przed wyjazdem do Poznania. Wydawało się
jednak, że żyjemy dość normalnie. Adaś, czyli Tatuś jeździł dużo do lasu
często konno a i my robiliśmy czasem miłe wycieczki ma Skalskie, na
Prehybę do bacy, ma Młaki itp. A las wtedy był zamieszkały nie tylko
przez zwierzęta, ale różne oddziały partyzanckie tam i kwaterowały.
Zosia Dąbrowska była łączniczką szalenie odważną, sama nocami chodziła
po górach gzie i bandy niebezpieczne grasowały i zawsze doniosła
meldunki gdzie potrzeba. Z końcem wojny złapało ją Gestapo i wywiozło do
Rawensbruk.
Wiadomości wojenne były coraz bardziej dla Niemców niekorzystne a w mas
budziła się nadzieja, że koniec wojny się zbliża. Wojska Hitlera
poniosły straszliwą klęskę pod Stalingradem, jednak cofali się w szyku i
do ostatniej chwili zachowali dyscyplinę.
W Szczawnicy zdarzały się też różne akcje partyzantów jak walka z.
Grenzsehutzem (wielka strzelanina) i inne podobne. W tym dniu tej bitwy,
Jerzy idąc przewrócił się i wytknął sobie rękę w łokciu. Pojechałam z
mim parą koni i "Capkiem" (Węglarza do dra Kołączkowskiego na
prześwietlenie. Kołączkowski nie był pewny czy nie na złamania i bał się
nastawić. Kazał mam jechać do szpitala w Nowym Targu, co nie było takie
proste do wykonania, bo ruch na drogach był kontrolowany przez Niemców a
to było 45 km, W tym czasie wybuchła strzelanina konie zaczęły bać się i
nie, można było wracać do domu. Musieliśmy, więc przeczekać u doktora i
dopiero, gdy się wszystko uspokoiło pojechaliśmy na górę. Wtedy
miejscowi ludzie namówili mnie by sprowadzić „owczarza”, tj. tego,
który nastawia tak zwierzętom jak ludziom wywichnięte stawy. Jerzy był
bardzo biedny i cierpiał, nie chciałam zwlekać i więc się zgodziłam i
przyszedł ten góral. Trzymałam Jerzego na kolanach a on tę rękę nu
naciągnął, chrupnęło, Jerzy wrzasnął, myślałam, że mu złamał rękę, ale
od tej chwili można było znowu mu ręką ruszać i wszystko dobrze się
skończyło. Biedne dziecko, przez parę godzin leżał cichutko jak zbity,
ale już na drugi dzień ruszał ręką i był znowu wesoły. To działo się,
gdy Tatuś był już w lesie z partyzantami i nie mógł pokazywać się w
Szczawnicy. Chodziłam do niego do domu Malinowskich niedaleko Bryjarki
gdzie czasem na moc przychodził i o świcie wracał w góry. Raz czy dwa
przyszedł cicho w mocy do domu, Jerzy o tym wiedział, ale był tak
roztropny, że nikomu nigdy o tym mię powiedział.
W lipcu był słynny atentat na Hitlera, z którego niestety wyszedł tylko
lekko ranny a wielu jego przeciwników wśród wojska, generałów i
cywilnych zginęło rozstrzelanych na rozkaz rozwścieczonego szaleńca. To
trochę wpłynęło na politykę miejscowych władz, które zaczęły bać się
partyzantki i nie reagowały tak ostro na pewne akcje. W tej sytuacji,
przyszedł rozkaz „Burza”. Na wschodzie Polski, na Wileńszczyźnie,
Wołyniu zaczęła się bardziej otwarta walka, ale w Małopolsce, choć w
naszych stronach po górach kręciło się już dużo partyzantki ruskiej
(spadochroniarze lub uciekinierzy z niewoli) daleko byli od frontu i
akcja "Burza” została odwołana. Tatusiowi doręczył rozkaz sam „Borowy"
szef Inspektoratu, ale odjechał na motorze i dopiero po 3 dniach dotarła
wiadomość o odwołaniu akcji. Stosując się do instrukcji, Tatuś
zmobilizował swoją placówkę i mieszkającą w willi obok nas szkołę
policjantów granatowych pod dowództwem Niemców po zabiciu 3 z nich
zaprzysiągł tych młodych ludzi i wysłał pod dowództwem jednego z naszych
partyzantów przebranego w mundur niemieckiego żandarma, by połączyli się
na Snosce (drogą ku Nowemu Targowi) z resztą podziemnego wojska. Szli
oni przez Bryjarkę, co było widziane ze Szczawnicy z gminy.
Zaprzysiężenie odbywało się przed naszym domem, czemu Jerzy wtedy 5-cio
letni się przyglądał i potem pytał, „czemu gdy Tatuś uczył policjantów
wujcio Zygmunt (Mańkowski) chodził ze strzelbą. Wszystko to odbywało się
spokojnie i sprawnie, ale policjanci byli podenerwowani i jeden z nich
zestawił u nas w skrytce pod schodami swój karabin. Zauważyliśmy to, gdy
już represyjne wojska i Gestapo byli na placu Ditla, więc Wanda
Krasińska nałożyła na siebie pelerynę, pod którą schowała karabin,
przeniosła go przez mostek nad drogą i tam wrzuciła do starej
nieużywanej lodowni. Tymczasem Tatuś i Stryj Piotr przygotowywali się do
wyjścia w góry, lecz już nie zdążyli przejść przez widoczną łąkę i
zaszyli się w żywopłot ogradzający nasz ogród. Niemcy tymczasem otoczyli
dom, ostro zaczęli pytać Dziadunia gdzie jest wódz tych bandytów, na co
Ojciec mówiący doskonale po niemiecku, tak im odpowiedział, że już nie
śmieli się go czepiać. Jeden żandarm przechadzał się w ogrodzie poniżej
żywopłotu, widziałam to z domu sąsiada Józka Jamy i prawie słabo mi się
robiło ze strachu, że ich zobaczy. Wtedy Wanda, poszła kręcić się koło
niego, niby zbierała kwiatki, jagody by odwrócić jego uwagę w inną
stronę. Zaczęto robić rewizję w domu, przeglądać szuflady, papiery
pokoje, ale nic nie znaleźli. Dzieci nasza i Anna ze swoimi i dziewczęta
wysłaliśmy wcześniej do Malinowskich mieszkających wyżej poza wsią, bo
baliśmy się, że jako represja za zabicie 3 Niemców Gestapo może spalić
nasz domy. Zaczęto mnie przesłuchiwać i zabrano mnie do gminy gdzie
zrzędzili sobie Niemcy swoją kwaterę i tam prócz mnie było jeszcze sporo
miejscowej ludności. Powiedziałam im „prawdę”, że, jak co dnia
widziałam odmaszerowujących granatowcach policjantów pod dowództwem
żandarma, że strzały słyszałam i widziałam biegnącego przez nasz sad
jednego żandarma, ale poza tym nie wiem, co się w willi „Renata” działo.
Po chwili zobaczyłam, że Niemcy z gminy wylegli przed dom i patrzą w
stronę Bryjarki gdzie właśnie kompania policjantów przechodziła. To
potwierdziło moje zeznania i po paru godzinach wypuścili mnie. Gdy
zrobiło się ciemno i Niemcy wycofali się na plac Ditla «baj panowie
opuścili żywopłot i udali się w góry gdzie połączyli się z resztą
partyzantów. Dzieci na noc sprowadziliśmy do domu i ja zasiadłszy przy
toalecie otworzyłam jedną z szufladek i z przerażeniem znalazłam w niej
pochwę od Tatusiowego rewolweru. Opieka Boska czuwała, że przy rewizji
tej szufladki nie otworzyli. Takich dowodów Opatrzności mieliśmy w życiu
dużo, czego dowodem jest, że przeżyliśmy wojnę wyrzucenie i pozbawienie
wszelkich naszych domów i majątków, że wychowaliśmy i wykształciliśmy
dzieci pomimo biedy i bardzo trudnych warunków, a dziś wszyscy
stanęliśmy na nogi i Bogu dziękujemy, że nas wybawił od najgorszych
cierpień. Tylu ludzi przeżyło stokroć gorsze rzeczy.
Tatuś już tylko nocjami schodził czasem do Malinowskich gdzie się z nim
spotykałam, raz czy dwa przesiedział w tajemnicy cały dzień w domu, o
czym wiedział tylko Jerzy i był bardzo dyskretny, ale już oficjalnie nie
mógł pokazać się w Szczawnicy, bo byliby go zaaresztowali. Piotr po paru
dniach wrócił. Wtedy zaczęły się pertraktacje z Witoldem (bratem),
który, z żoną Betką i dziećmi przebywał na Słowacji i chciał Piotrów i
ewentualnie nas tam ściągnąć. Nasz: wyjazd nie wchodził w rachub, gdyż
Tatuś był w wojsku, a ja nie mogłam ryzykować rozłąki. Bóg wie na jak i
długo. Pojechałam z Anną na granicę nad Dunajcem, dokąd przekupiwszy,
kogo trzeba Witold też przyszedł i omówiliśmy sprawę ich wyjazdu.
Podczas tej rozmowy zajechali jacyś wojskowi, chyba lotnicy z Nowego
Targu, którzy poznali mnie, że byłam w Szczawnicy, kazali strażnikowi
granicznemu połączyć się z Gestapo w Nowym Targu by dowiedzieć się czy
mogą mnie nie aresztować. Witold znowu załatwił z tym, Grenzschutzem, że
to on odebrał telefon i powiedział, że mogę jechać do domu, więc
rozstaliśmy się i od tej pory unikałam pokazywania się na publicznych
drogach.
Było to chyba we wrześniu, jak Witold przejechał słowacką ciężarówką pod
nasz; dam, załadowali wszystkie rzeczy Pietrów i całą ich rodzinkę i
pożegnaliśmy się na długie lata, a Witolda już nigdy nie: zobaczyliśmy,
bo zginął w bombardowaniu pociągu w Lichtensteinie 8 maja, 1945 r.
Front sowiecki zbliżał się, słyszałam nocami jak pod oknami sypialni
przechodzili partyzanci sowieccy, ale Bogu, dzięki nigdy nam krzywdy nie
zrobili. Było to jednak niebezpieczne, bo już dochodziły wieści
aresztowaniach ludzi ze AK, a cała Szczawnica wiedziała, kto jest
"'Szpak” i ruscy pewnie też. Nie mężna, więc było czekać na wejście tych
dzikich wojsk, będąc i Akowcami i dziećmi właściciela Zdroju.
Pojechałam, więc de Makowa gdzie już u Ks. Stasia był też Dziadunio i po
naradach dał mi adresy gdzie i do kogo zgłosić się dalej by znaleźć
bezpieczne miejsce na okres przejściowy. Mieliśmy już Kenkarty (dowody
osobiste) na fałszywe nazwiska (pp. Sasowscy), no i dotarłam d« Kalwarii
Zebrzydowskiej do kapelana akowskiego bardzo życzliwego ojca Walentego,
który załatwił mieszkanie u stolarzy pod samym klasztorem. Były to dwa
wielkie pokoje niewytynkowane i z pojedynczymi oknami przystosowane dla
pielgrzymów w czasie lata.
Bernardyni wynajęli dla nas te pokoje, wytynkowali i założyli okna
zrobili drewniane przepierzenie w jednym z pokoi gdzie urządzili nam
kuchnię i tak przygotowali, że Tatuś już w listopadzie tam się
zainstalował, a ja starałam się o jakiś transport. Wreszcie dostaliśmy
ciężarówkę, na którą naładowało się ile się zmieściło (po łóżku, dla
każdego) i trochę innych rzeczy, siadłam ją z 3 dzieci, Wanda Krasińska
p. Krysia i Kania Szczygieł i tak 23 grudnia dojechaliśmy do kalwarii
gdzie przeżyliśmy 4 miesiące i przejście frontu – ucieczkę Niemców i
wejście wojsk radzieckich. Bernardyni zacni zaopatrywali nas w ziemniaki
i pobieraliśmy chleb z ich piekarni. Mieliśmy na szczęście dosyć duży
zapas przydziałowego alkoholu, co nas ratowało gdyż od rusków za to
kupowaliśmy mąkę i inne rzeczy a też chroniło to nas od rabunków.
Sprowadziliśmy nasze 3 krowy (2 po Piotrach) i 1 naszą, stały u ludzi,
którzy nam oddawali część mleka, po które najczęściej chodziła Wanda. W
pokojach mieliśmy bardzo zimno, paliło się węglem od Bernardynów tak, że
piec syczał, ale nie dało się podnieść temperatury wyżej jak 8 - 11
stopni. Pogada była śliczna, zimowa, dom stał wysoko na górze
klasztornej, więc dzieci godzinami zjeżdżały na saneczkach i bardzo
zdrowo się chowały. Przy tych temperaturach nie miały ani jednego
kataru. Wstawałam codziennie wcześnie i szłam na mszę do kościoła o 3
min. od nas. Matka Boska wyraźnie się nami opiekowała. Ściany w pokojach
były tak mokre od świeżego tynku, że Tatuś wycierał je ścierkami, bo
woda spływała z nich, Chyba około 20 stycznia obserwowaliśmy kolumny
cofających się wojsk niemieckich, z okien widać było drogę od Krakowa i
zaczęło się słyszeć huk armat i „katiusze” wyły. Nasz pokoik za kuchnią
zajęli Niemcy, i gdy ostatniego dnia (24 I) już widać było, że jest nimi
źle, a dla nas byłoby bardzo niebezpiecznie gdyby tych żołnierzy zastali
Ruscy w mieszkaniu, zaproponowałam im by już wychodzili a oni na to, że
nie ma rozkazu i dalej siedzieli. Byli głodni, i ci wrogowie, o których
wszyscy mówili, że będziemy ich wykańczać za krzywdy wyrządzone
narodowi, jeszcze dostali od nas ostatni bochenek chleba, jaki
posiadaliśmy. Wreszcie „alarm” i wyszli, ale w niecałe 5 minut później
zobaczyliśmy pierwszego radzieckiego żołnierza w charakterystycznym
chełmie z karabinem. Zrobiło się straszno. Jeszcze pociski leciały,
siedzieliśmy a drugiej strony, a w pokoju otworzyliśmy okna by nam szyby
nie wyleciały. W tej chwili Izabelka nagle zerwała się i wpadła do
opuszczonego pokoju, bo pod oknem w koszyczku leżała jej ukochana lalka.
Złapała ją i uspokojona wróciła do nas.
Gdy strzelanina ustała wyszliśmy jak większość mieszkańców i widzieliśmy
tłumy obdartych, w niepodrobionych płaszczach żołnierzy leżących dla
odpoczynku na śniegu. Dużo Niemców zginęło, bo wożono ich na saneczkach
(bez. butów!), na cmentarz. Rruscy łazili po domach szukając, co by
ukraść, u nas zamieszkał jakiś major, więc ile razy takie typy
przychodziły, pytaliśmy czy do majora i wtedy wynosili się bez szukania
wódki. Po paru dniach zajęli „kwaterę” naszą dla jednostki sanitarnej 5
ludzi umieściło się w tym małym pokoju i urządzali libacje - upijali się
do nieprzytomności zielonym spirytusem z apteki, chyba żaden od tego nie
stracił wzroku. Wyrzucali puste butelki daleko w ogrodzie naszych
gospodarzy by nikt nie widział, że wypijają apteczny spirytus. Naszymi
sąsiadami w tyra domu byli pp. Wojtynowie z Warszawy, po powstaniu tu
się znaleźli i Bernardyni też im pomagali. Raz Tatuś wychodził i spotkał
ruska na sankach z jednym koniem Nie mieliśmy ani chleba ani mąki, więc
szedł do klasztoru zobaczyć czy piekarnia działa i czy możemy tam coś;
kupić. Na to ten rusek pyta czy nie chcemy worka mąki za litr wódki -
naturalnie Tatuś się zgodził i byliśmy uratowani jak również pp.
Wojtynowie, z którymi się podzieliliśmy tą zdobyczą. Zbieraliśmy też
porzucone przez Niemców puszki, najczęściej z kompotem. Piękna była
historia, gdy doniesiono nam, że rozbity w mieście czołg polany jest
krwią i żołnierze radzieccy zlizują ją. Wanda poleciała zobaczyć się
tam dzieje i okazało się, że w czołgu mieli duży pojemnik z marmoladą,
która się wylała i to ci zgłodniali ludzie zlizywali. Ta opowiastka
pokazała nam dobitnie jak ludzie miejscowi pogardzali, tym tłumem
obdarciuchów i mieli ich prawie za ludożerców. Nasi stolarze, bardzo
porządni ludzie, wiedzieli, kto my jesteśmy i mieli do nas zaufanie,
przyznali, że za Niemca było źle, ale z tą hołotą nie mogą wytrzyma.
U naszych lokatorów służył, jako ordynans młody chłopak, lubił dzieci,
więc przynosił czasem np. menażkę ryżu, co za okupacji nie było do
dostania, a najczęściej wyciągał z brudnej kieszeni zlepione z
resztkami machorki landrynki i tym nasze dzieci częstował, ca mnie
„uszczęśliwiało” i prędko kazałam im pluć te paskudztwa. Ten ukraiński,
chłopak pochodził z, rędziny kułaków wyniszczonych przez Stalina, jego
rodzina zginęła z głodu, a on uratował się będąc w domu dziecka.
Niemniej tłumaczył, że wszystko w Zawiązku Radzieckim jest wspaniałe.
Próbował też mnie nawracać politruk, kłóciłam się z nim tak, że nasi
gospodarze Kuniccy byli wystraszeni, że on mnie zastrzeli. To byli
porządni ludzie i Jerzy będąc na studiach w Krakowie odwiedzał ich i był
na ślubie córki.
Zaraza po „wyzwoleniu” od okupacji niemieckiej Tatuś zgłosił się w
Krakowie i dostał tam posadę w instytucie badawczym leśnictwa, dzięki
temu dostaliśmy kartki żywnościowe, ale trzeba było prowiant odbierać w
Krakowie, więc Tatuś w plecaku przywoził chleb i od czasu do czasu inne
prowianty. Nastąpiła wymiana pieniędzy w minimalnych ilościach nie
pamiętam już ile, ale na żywność musiałam sprzedawać rzeczy,
prześcieradła, ubrania i tak się żyło.
Połączenie kolejowe z Krakowem był« przerwane z powodu zerwanego mostu
na Skawie, tam pieszo trzeba było przejść prowizoryczny most i
podstawiali czasem drugi pociąg. Byłam raz w Krakowie i wracałam z
ciężkim plecakiem z Podgórza do domu. Już zrobiło się ciemno, bo to
zima, dojeżdżamy de miejsca przesiadki, gdzie była tylko mała budka a
nie było stacji. Czekamy na pociąg, aż nadchodzi wiadomość, że go nie
będzie, więc trzeba torami iść pieszo do Kalwarii jakieś 15 km. Wszyscy
poszli, więc ja też. Trudna to była droga be po progach, kolejowych
trzeba krok dostosować do ich szerokości. W Kalwarii ludzie rozeszli się
w różnych kierunkach i na rynku gdzie kwaterowało wojsko radzieckie
byłam już sama, w strachu, bo to godzina policyjna już obowiązywała.
Strażnikowi jakoś wyperswadowałam, że wracam z Krakowa, nie było
pociągu, no i puścił mnie. Teraz zmęczona musiałam po dość śliskiej
ścieżce wdrapać się pad górę do klasztoru, tylko modliłam się żeby się
nie przewrócić, bo z tym ciężkim plecakiem trudno byłoby mi wstać.
Doszłam szczęśliwie, w mieszkaniu zastałam Pawła Cz., który zawitał nie
wiem skąd no i padłam ze zmęczenia. Na drugi dzień ruszyć się nie mogłam
tak mnie wszystko bolało.
W Kalwarii przeżyłam najsmutniejszą, chwilę, gdy niespodziewanie zjawiła
się Danusia maja siostra i powiedziała nam o śmierci ukochanego brata
mego Jędrka. Umarł w Otwocku pod okupacją rosyjską, odcięty z Danusią od
Warszawy i rodziny. Ciężkie tam przeżyli chwile, Jędrek miał gruźlicę i
w Otwocku, leczył się w, sanatorium, gdy trwało powstanie warszawskie.
Potem Babunia pojechała po, ciepłe rzeczy, front ruszył i odcięło ją od
syna. Danusia bohatersko się nim zajmowała. Opieka Boska była nad nimi,
Ks. Tadzio Federowicz będąc kapelanem przy wojsku Berlinga, które tam
stacjonowało, dość często go odwiedzał i opowiadał, że Jędrek umierał
jak święty taki cierpliwy i poddany Woli Bożej. Wojsko polskie chciało
iść na pomoc Warszawie, ale im nie pozwolono, ci, co próbowali i zostali
ujęci byli rozstrzeliwani i biedy Ks. Tadzio musiał przy tam asystować.
Strasznie biedni ludzie byli traktowani i sami mówili (zwłaszcza ranni w
szpitalu), że są celowo morzeni głodem i skazani na śmierć. Akowców
władze wyławiały, aresztowały i wywoziły na wschód. Babunia z Jędrkiem
jeszcze żyjącym cudem uniknęła tego losu, bo gdy stała w kolejce gdzie i
ich zapisywano, poczuła jakby ostrzeżecie i zwiała. To ich uratowało. W
kwietniu Tatuś spotkał prof. Niklewskiego, który odważny i życzliwy
człowiek zaproponował ma posadę u siebie w Poznaniu na wydziale
Rolniczym (biologia) i prócz tego profesorostwo obiecali zarazie dać nam
jeden pokój w swojej dużej willi na ul Mazowieckiej, obok kościoła.
Wobec tej propozycji zdecydowaliśmy jechać do Poznania. Tatuś pojechał
tam wcześniej a ja zaczęłam urządzać transport. Zjawił się u nas Andrzej
Krasiński i on bardzo pomógł, wynajęliśmy wóz konny i z całym niewielkim
dobytkiem (bez p. Krysi i Hani, które postanowiły wrócić de swoich
domów) dojechaliśmy do Krakowa, gdzie niesłychanie gościnnie przyjęli
nas Jankowie Kabłakowie, którzy też już Nowy Targ opuścili. Janek pomógł
w zdobyciu miejsc w wagonie towarowym idącym do Poznania. Mieliśmy jego
jedną część, drugą zajmowali państw z Księgarni św. Wojciecha.
Ułożyliśmy materace tak, że można, było się nawet położyć i jechała z
nami skrzynka z kurami. W czasie postojów wszyscy wychodzili z wagonów i
przychodzili do nas pytać Izabelki "czy kujka zniosła jajka", bo ona
mając 3 lata nie wymawiała r.
W Katowicach zatrzymaliśmy się trochę za stacją na przeciw kina. Wanda,
która nigdy w życiu w kinie nie była, poprosiła by pozwolić jej pójść,
bo zapowiadano 6 godzinny postój. więc się zgodziłam. Niestety po
godzinie zmieniła się decyzja i ruszyliśmy w dalszą drogę, a biedna
Wanda bez biletu pozostała. Nie zginęła jednak, bo energicznie zabrała
się do szukania innej okazji i dojechała na miejsce parę godzin później
ku naszej radości i uldze. Gdy nasz wagom dojechał do Poznania zaczął
się kłopot, co dalej. Tramwaje nie chodziły i byłam sama z 3 dzieci,
Jerzy miał 6 lat, Marysina 4 a Izabella 3 lata siedziała maleńka na
peronie pod opieką sąsiadów z pociągu i poszłam pieszo na Sołacz do pp.
Karwowskich (ona była moją koleżanką). To był pierwszy komunistyczny 1
Maj. Poznań był zbombardowany w 50%, niektóre ulice jak np. św. Marcina
Stary Rynek itd. Też były ruiny a chodziło się ścieżkami wydeptanymi w
gruzach dochodzących do wysokości I piętra. Tramwaje, pouszkadzane w
ogóle nie kursowały. Sołacz oddalony od centrum o parę kilometrów był
mniej zniszczony, domy nosiły ślady kuł i czasem bomb, ale większość
stała. Karwowscy bardzo mi pomogli, on znalazł jakiegoś chłopka z koniem
i niedużym wozem, na który naładowaliśmy rzeczy, ale dzieci już się nie
zmieściły i musiały iść pieszo, dojechaliśmy na Mazowiecką. Tam okazało
się, że dzień wcześniej Tatuś wyjechał do Krakowa na nasze spotkanie,
wiec się minęliśmy. Bardzo to było mi nie na rękę, ale połączeń
telefonicznych nie mieliśmy i takie nieporozumienia musiały zachodzić,
Wrócił na drugi dzień i Wanda też się znalazła. Na Mazowieckiej prof.
Niklewscy dali nam duży salon z wyjściem na terasę i pozwolili używać
kuchni i łazienki (mieli drugą na piętrze). Dom był pełny, bo mieszkali
tam pp. Niewiteccy i Guamscy, ich dwie zamężne córki z dziećmi. Jakoś
pomieściliśmy się w tym jednam pokoju. Jabłka kilka skrzynek jeszcze ze
Szczawnicy służyły wszystkim dzieciom, a kury poszły do ich gospodarstwa
i znosiły jajka.
Zaczęliśmy postukiwać mieszkania, mieliśmy niewiele pieniędzy, ale;
Dziadunio Pełkiński sprzedał jakąś biżuterię i przysłał nam trochę
dolarów, za co postanowiliśmy się urządzić. Zgłosiła się, Stanowska ze
Śląskiej 6/7, i ofiarowała się wynająć nam całą górę ich willi. Wszystko
to okazało się blagą, bo, kiedy daliśmy pieniądze na wyremontowania
zburzonej przez bombę części muru i doprowadzenie do staną mieszkalnego
przywidzianych dla nas pokoi, okazałe się, że poza nas mieszkają tam 2
rodziny, (Oleszyńscy z synem i Tylkowa z córką) i nie mają zamiaru się
wyprowadzić pomimo obietnic, że już sobie coś szykują, Nie mogąc dalej
zajmować zacnym pp. Niklewskim ich salonu, przenieśliśmy się na Śląską,
co przez następnych 25 lat było naszym udręczeniem. Najpierw Jerzy,
który zaczął chodzie de 1-ej klasy, zachorował. Zawiozłam do kliniki
prof. Rafińskiego; który już został na długo naszym lekarzem
przyjacielem i nie brał nigdy od nas pieniędzy twierdząc, że gdy wrócimy
„na swoje” to będziemy zapraszać go na polowania. Prof. stwierdził, że
Jerzy zarazili się gruźlicą i te bombie, które, mu na nogach wyskoczyły
są dowodem walki organizmu z bakteriami. Kazał mu; leżeć przez 3
tygodnie i bardzo intensywnie się odżywiać i to okazał się skuteczne.
Żeby nie stracił roku nauczycielka jego ze szkoły przychodziła dawać mu
lekcje tak, że przy końcu roku dali mu świadectwa przejścia do następnej
klasy. Okazałe się, że syn Oleszyńskich, z którymi mieliby wspólną
łazienkę (była tylko jedna razem z WC) i kuchnię, jest chory na płuca.
To nas zdopingowało do wyremontowania dla nich 2 pokoi w bloku na ul.
Nad Wierzbakiem i oni zgodzili się tam przenieść. Tylkowa z córką
pozostały. W mieszkaniu mieliśmy stare, tapety i było tam okropnie dużo
pluskiew, które nas zjadały, gdy więc na lato wyjechaliśmy dzięki
Caritas Academica nad morze do Chłopów koło Koszalina, Stefan Kwilecki
(syn Marioli Zamoyskiej siostry C. Tereni) zajął się zerwaniem tapet i
wydezynfekowaniem mieszkania, paląc jakiejś specjalne trucizny. O mało
nie spalił wszystkiego tylko zrobiły się dziury w podłodze, ale pluskiew
już więcej nie mieliśmy.
Caritas Academica, cudowna organizacja prowadzona przez Dominikanów dla
pracowników uniwersytetu była naszym wybawieniem i wielką pomocą.
Wyjechaliśmy z nimi i całą grupą studentów wagonami towarowymi, tzw.,
Towosami, którymi jeszcze długo jeździło się z powodu braku wagonów
normalnych dla ludności. W Białogardzie siedziało się kilka godzin na
tobołkach czekając na następny pociąg do Koszalina, w restauracji
dworcowej gdzie chcieliśmy napić się herbaty trzeba byłe długo czekać
na szklanki, bo mieli ich tak mało, że jedni po drugich dopiero mogli
doczekać się swojej porcji. Dzieci znosiły te trudy dobrze, najgorzej
najmłodsza Izabella, która często w pociągu dostawała gorączki i źle się
czuła. W Chłopach dano nam pokój w "Sardynce” - mały domek na wydmach
tak, że dzieci przez- okno wychodziły i cały dzień uganiały, kąpały się
w morzu i lat to było tak ciepłe i cudne, że piasek aż palił.
Przeżyliśmy tam cały turnus, wesoło i przyjacielsko wszyscy się do nas
odnosili, studenci opiekowali się maluchami urządzali pochody
przebierańców, ze śpiewami, których dzieci się nauczyły, i w ogóle
byliśmy wszyscy szczęśliwi. Jadało się wspólnie w stołówce. Tam
zaprzyjaźniliśmy się z p. Smoczkiewiczową, wdową po zamordowanym przez
Niemców panu w Bydgoszczy, była z synkiem Marysiem i Romanem Siądą
rówieśnikami, Jerzego, więc dzieci cały czas razem się bawiły i w,
następnym roku również się spotkaliśmy w tych samych układach.
Jerzy i Marysina (ona od 1947), chodzili do; szkoły, Izabelka dopiero w
następnym ręku, więc była ze mną w domu. Gdy wychodziłam z miasta na
sprawunki, największym luksusem, na jaki mogłam sobie pozwolić było
kupienie jej mlecznej bułki! Z czego ona była uradowana. Finansowo było
nam ciężko, więc łapałam każdą pracę by coś zarobić. Przepisywałam na
starej maszynie prace dla studentów, szyłam kołnierzyki białe dla
dzieci do szkolnych fartuszków, potem znajoma pani Potworowska (Siostra
Andrzeja męża C. Jadzi Grabińskiej) dała mi warsztat tkacki, na którym
robiłam szale, ale musiałam i z tego zrezygnować, bo właściciele na
dole nie pozwalali mi pracować, bo zanadto huczało im nad głowami. Na
początku zgłosiła się nauczycielka francuskiego, p. Koziorowiska i
zajęła się dziećmi ucząc je języka. Była bardzo dobra, ale „zimna" bez
kontaktu osobistego, i wreszcie odeszła, bo nie mieliśmy, czym ją płacić
a głodowa dieta, jaką musieliśmy się zadawalać, jej nie odpowiadała.
4 września 1945 r. umarł w Makowie Dziadunio Witold Czartoryski.
Mieszkał od dłuższego czasu na plebanii u Ks. Stasia skąd jeszcze w
Szczawnicy nas odwiedzał, z Kalwarii Tatuś chodził pieszo do Makowa
przez góry by się z Ojcem i bratem widzieć
Dziadunia przewrócił się i złamał nogę w biodrze, leżał parę tygodni na
wyciągu i to przyspieszyło jego śmierć. Zostawiliśmy dzieci pod opieką
p. Kozierowskiej i pojechaliśmy na pogrzeb. Odbył się uroczyście,
chowali ojca, proboszcza kochanego przez parafian. Cmentarz w Makowie ma
dużo uroku zielony, położony zaraz za kościołem na wzgórzu. Tak tam
przytulnie i ładnie, że w późniejszych latach zdecydowaliśmy się
zremontować walący się już nagrobek Dziadunia tak, by zrobić tam miejsce
i na nasze trumny. Kto mógł z, rodziny przyjechał do Makowa, więc zjazd
był dość duży? Biedny Stryj Piotr był wtedy w Warszawie pod fałszywym
nazwiskiem (Chomik), jako wysłannik od rzędu polskiego z Londynu w
specjalnej misji, więc nie mógł się zdekonspirować i na pogrzeb
przyjechać.
Z Makowa pojechaliśmy da Krynicy gdzie wtedy mieszkała w wynajętej willi
"Miłej” Prababunia. Moi Rodzice przebywali w tym czasie we Frainie skąd
powrócili wyrzuceni z własnego zamku, dopiero w raku 1950 i zamieszkali
na Śląsku u Antosiów Mańkowskich. Prababuni miała mieszkanie urządzone
rzeczami z Nawojowe j, które udało się Rodzicom stamtąd wy wieźć. Gdy
Józio i Elżbieta sprowadzili się z córeczką Cesią do Krynicy, Prababunia
przeniosła się do Krakowa do mieszkania Cioci Tereni Sapieżyny, która
wraz a córką C. Jadzią Szembekową mieszkały na Pijarskiej 5. Tam w r.
1947 Prababunia umarła. Stefanowie Swieżawscy mieszkali też w Krakowie
na Krupniczej, a obie ciotki wyjechała do Meranu w Austrii, Ciocia
Jadzia umarła wiele lat później w Rzymie. Jedyna z nas była obecna przy
Prababuni C. Maryś. Antosiowie mieszkali na Śląsku on był dyrektorem PGR
i miał duże nieprzyjemności z nie fachowymi złodziejskimi władzami.
Posądzony przez: nich o nadużycia siedział nawet w więzieniu przez parę
miesięcy. Ciocie, Danusia i Stefcia wyjechały za granicę nielegalnie z
wielkimi przygodami, ale musiały wiać, bo będąc bardzo zaangażowane w
AK, prawie w ostatniej chwili przed aresztowaniem udał» się wy jechać.
Wtedy we wrześniu Józiowie mieszkali w maleńkim mieszkanku w Gorlicach i
tam urodziła się ich Cesia. Odwiedziliśmy ich i nocowali w szpitalu
gdzie wieczorem przywieziono ciężarówkę pełną rannych lub zabitych
dzieci. Poszły na zaminowane pale bawić się i była masakra. Okropny
widok tych dzieciaków, niektóre jeszcze się ruszały inne były martwe.
Ratowali je w szpitalu, ale to było beznadziejne. Z Gorlic Józiowie
przenieśli się do Krynicy gdzie prowadzili sklep. Mieszkali tam aż do
jego śmierci tragicznej, w wypadku w 1960 r. Pozostawił 5-ro dzieci.
Nasze życie w Poznaniu było ciężkie, pensja Tatusia wystarczała dać
20-go, ja dorabiałam gdzie mogłam, ale ratowały nas bransoletki, które
po trochę sprzedawaliśmy chcąc utrzymać się, na jakim takim poziomie.
Staraliśmy się by mieć pomoce domową, były lepsze i gorsze niektóre
prymitywy jak Irka, którą zwolniliśmy przed urodzeniem Jadzi, Staszka
Broda z Wiązownicy, której wydawało się, że postęp jak pralki, nylony
itd. to zdobycze komunizmu. Poszła potem do Osoli do Rodziców, ale też
długo jej nie trzymali. Była starsza z synkiem, którego okropnie biła a
nas a włos razem z sąsiadką Tyłkową nie okradła, ale jakaś nie doszło
ostatecznie de tego. Później już, jako dochodzącą przez długi czas
mieliśmy prymitywną, ale uczciwą Józefę Grajek, która z początku
przychodziła tylko prać, a patem, gdy pracowałam to i robiła skromne
obiady dla dzieci Po niej przyszyła p, Wróblewska (Jehowitka), ale
bardzo spokojna zrównoważona i gdy spędzaliśmy wakacje w niedokończonym
nowym domu w Kościelisku te tam z nami przyjechała (z wnuczką) i
dzielnie pracowała, Była jedna, która okradała nas, znikało srebro
stołowe i Izabella będąca wtedy już po ślubie, zaczęła szukać pa
komisach i część rzeczy odzyskaliśmy. Taki były przeżycia z tymi
pomocami. Niestety życie zmuszało, do utrzymywania się dzięki sprzedażom
cennych pamiątek, i tak chyba za bezcen chęć nam wtedy wydawało się, że
robimy dobry interes, sprzedaliśmy obraz Michałowskiego do muzeum w
Poznaniu i miniaturę na kości króla Stanisława Augusta w stroju
koronacyjnym, i Marchal Vaubon Mierisa. Wielka szkoda pozbywać się
takich cennych obrazków, ale trzeba było żyć i dzieci wy okopywać. W
latach 1956/7 zrobiłam z wielką wiarą nowennę do Matki Boskiej, taką
7-mio miesięczna i cudownie nam te pomogło. Zaczęłam pracować na Targach
Poznańskich. Sekretarka dyr. Targów Askanasa dała mi znać żebym zaraz
zgłosiła się do Pawilonu USA gdzie poszukują pracownic. Nie mając już
doświadczania w pracy biurowej w języku angielskim poszłam tak na
„głupio”, rozmawiałam z wice-dyrektorem Philipem Evans'em, powiedziałam
uczciwie, co umiem a co nie i o dziwo, chęć mieli inne fachowe,
zgłoszenia, przyjęli mnie. Praca ta wymagała wielkiego wysiłku i często
musiałam tłumaczyć i z niemieckiego i nawet włoskiego, siedziałam tam
czasem da 10 wieczorem, ale finansowo zaczęliśmy sobie radzić. Jadzia,
która urodziła się l listopada 1953 r. była malutka, ale starsze
dziewczynki po szkole miło się nią opiekowały. Bidula siadała na
chodniku przed bramką i tam sąsiadki litujące się zapytywały, co tu
robisz, a ona odpowiadała "czekam na mamę". Takie to były czasy.
Mieszkanie nasze przez te wszystkie lata to osobna przykra historia. P»
wyniesieniu się Oleczyńskich, którym odremontowaliśmy mieszkanie,
zajęliśmy po wydezynfekowaniu pokój z balkonem, a Tylkowa przeniosła
silę do pierwszego pokoju na prawo od wejścia. Mieliśmy, więc 3 i pół
(mały pokój liczył się za połówkę). Ale córka Tylkowej, Krysia zaczęła
dorastać i zaczęła radzić dzieci z typem żonatym. Przychodził do nich
często tak pijany, że zamykał się w łazience (była tylko jedna razem z
WC) i czasem do rana nie można było się tam dostać. Potem zaczęły się
awantury między Tylkową a jej córki kochankiem, który chodził z
podrapaną twarzą, a u nas w pokojach było wszystko słychać. Gdy Krysia
miała urodzić trzecie dziecko, zarobili wymianę z rodziną milicjanta z
sąsiedniego domu i wtedy zaczęły się dla nas najgorsze czasy. Stochaj
zajął pokój po Tylkowej, odstąpiliśmy im pokoik spiżarnię na kuchenkę,
aby uniknąć wspólnego; gotowania na jedynej węglowej kuchni, ale
łazienka zawsze była wspólna. W tym akcesie urodziła się Jadzia i oni
też mieli dziecko w tym samym wieku. Gdy dzieci już chodziły, czasem
razem się bawiły albo ona wychodząc do; miasta podrzucała nam Bożenkę, a
gdy wróciła to wpadała do naszego pokoju i mówiła do dziecka, „choć do
mnie, bo tut oczy ci wydłubią”. To było podziękowanie za opiekę i często
się powtarzało. Dokuczali nam na każdym kroku, ile razy jedliśmy w
kuchni, to naumyślnie cięgle przechodziła z wyzwiskami. Unikaliśmy
spotkania z nimi jak się tylko dało, ale to nie wiele pomagało, bo
robili się, co raz bezczelniejsi, pluli do przygotowanej na kąpiel
dzieci wanny, zrzucali wózek ze schodów, mnie milicjant groził pałką,
gdy sama w kuchni pracowałam itd. Wreszcie po latach doszło do tego, że
wyskoczył z krzykiem na Jerzego, który wychodził do miasta, na uwagę
Marysiny by Jerzy nie odpowiadał na zaczepkę, chwycił ją za włosy i
wciągnął do swego pokoju. Ona zdążyła zawołać Jerzy ratuj, więc Jerzy
wpadł na niego, gdy już siedział na Marysinie i bił. Zrobiła się szalona
awantura, przy której na szczęście był któryś z kolegów dzieci i potem
służył za świadka. Sprawa skończyła się w sądzie - broniła nas p.
Libicka (matka kolegi Jerzego Marcina), sędzina idąc nam bardzo na rękę
doprowadziła do polubownego końca, tj., że Stochajowie musieli nas
przeprosić a Komenda Milicji zobowiązała się zaraz; przenieść ich, a nam
dała inną rodzinę tym razem już nie chamów a spokojnych ludzi. Wtedy
udało się zrobić z nimi umowę o podział mieszkania, kuchnię zarobiliśmy
w małym pokoju, a oni sobie wychodek z umywalką w spiżarence a
zrezygnowali z używalności łazienki. Był to rok 1964, od tego czasu
żyliśmy już spokojniej, ale zawsze z współlokatorkami w mieszkaniu.
Musieliśmy się nauczyć, aby żyć w miejcie, byliśmy przyzwyczajeni do
swobody wiejskiej, przyrody a tu nagle znaleźliśmy się w całkiem innym
otoczeniu, choć Sołacz był bardziej wiejski od centrum miasta. Było tu
dużo zieleni, park Sołacki ze stawkiem, po którym pływały kaczki, a zimą
dzieci jeździły na łyżwach. Ruchu samochodowego nie było prawie żadnego
tak, że dzieci bawiły się piłkami zrobionymi ze szmatek na środku ulicy
Śląskiej czy Wielkopolskiej. Musiałam długo pieszo chodzić do sklepu w
budynku uniwersyteckim im. Adama Mickiewicza po prowiant przydzielany na
kartki, bo tramwaje ruszyły chyba dopiero zimą, 1945 r. Później na
kartki odbieraliśmy przydziały już na Sołaczu, u Kowalewskiega na
Mazowieckiej, i w spółdzielni na Śląskiej, a rzeźnik był na Wołyńskiej,
też nie daleko. Dzieci zostawiałam na ulicy pod opieką Anioła Stróża, bo
trudna było je taszczyć ze sobą. Gdy Romanowie zamieszkali w
Puszczykowie w domu z Prof. Dąbrowskimi prawie, co niedzielę jeździliśmy
do nich. Jechało się wagonami towarowymi przez wiele lat. Jeszcze po
urodzeniu Jadzi w 1953 takimi wagonami z nią w wózeczku odwiedzaliśmy
Romanów mieszkających w następnych latach w Puszczykówku nad samą
Wartą, z drugiej jej strony było widać "nasze" dawne lasy. Warszawa
leżała w gruzach, a ziemiaństwo wyrzucane z własnych domów zjechało dość
licznie do Poznania. Było tu, więc dużo znajomych, których się
odwiedzało lub do nas zachodzili. Zaprzyjaźniliśmy się z Ponińskimi
Adolfami, którzy mieli dzieci w wieku naszych, z kolegą Tatusia z
dawnych czasów Tadeuszem Kasprzyckim i jego żoną Krystyną, u których
bywaliśmy bardzo często na kolacyjkach. Dzieci wtedy zostawały same,
przygotowywałam im kolację i bardzo zgodnie cała trójka szła spać,
zestawiając pa sobie piękny porządek. Z krewnych mieszkali wtedy też
Jankowie Taczanowscy, może Basia be nie pamiętam, kiedy on umarł,
Morawscy, Andrzejowie Potworowscy, ona C. Jadzia Grabińska i wielu
innych już dziś nie skojarzę, kto gdzie mieszkał i w jakich okresach.
Dąbrowscy długo mieszkali w Górnym Puszczykowie, prof. Stefan był zaraz
od 1945 r. Rektorem Uniwersytetu. Po jego śmierci - miał bardzo
uroczysty pogrzeb - Ciocia Zosia la sprzedała dom w Puszczykowie i
kupiła pół willi w Poznaniu gdzie zamieszkała z córką Jadzią aż do
swojej śmierci.
Wśród tych różnych znajomych byli prof. Żiółkowscy, Węgórkowie a blisko
zżyliśmy się z Włodzimierzami Bartoszewiczami. On był malarzem, kilka
razy próbował robić portreciki Izabelli i Marysiny, ale bardzo nieudane,
a portret Tatusia wisi u nas okropnie brzydki i nie lubię go.
W Puszczykowie dzieci nasze przebywały czasem po parę dni. Staś był
rówieśnikiem Jerzego i dzieci dobrze się tam czuły. Na wakacje
staraliśmy się zawsze gdzieś wyjechać. Pierwsze 3 lata to było
Sarbinowo nad morzem, petem inne miejsca jak Mielno, gdzie z Rut
Ponińską wynajęliśmy mały domek wśród lasku blisko morza, a na folwarku
był wtedy dyrektorem PGR Leon Komorwski żonaty z Zosią Sapieżanką, więc
od nich braliśmy mleko itp. Czasem Staś Konarzewski spędzał z nami
wakacje, tak było w Ustroniu Morskim gdzie też spotkaliśmy się z bratową
moją Elżbietą Stadnicką i jej 2 dzieci (Cesia i Andrzej/). Raz
spędziliśmy kilka tygodni u Józiów Stadnickich w Krynicy w willi Miłej,
którą moi rodzice wynajęli, gdy musieli opuścić Nawojową. Józiowie
prowadzili sklep, on poruszał się wózkiem z koniem, a w późniejszych
latach Stefcia przysłała na Lambrettę - taki mały motocykl z przyczepką,
na którym biedak zbił się w 1960 r.
W 1951 r. gdy umarł Wuj Kardynał Sapieha dzieci spędzały jeden miesiąc
na koloniach uniwersyteckich w (???). Jednym z wychowawców był p.
Kaczmarek, który nas teraz, tu odwiedza i opowiadał, że była jakaś
zabawa a nasza trójka siedziała z boku i nie brała udziału w ogólnej
wesołości. Zapytane, czemu tak siedzą odpowiedziały, „bo umarł nasz
Wujcio Kardynał" Tam też roztrzepana Izabelka nie zauważyła, że na
balkonie nie ma poręczy i spadła, ale Bogu dzięki miękko i nic się jaj
niej stało Na koloniach nie czuły, się najlepiej, ale wytrzymały
spokojnie da końca. Byliśmy oboje na wspaniałym pogrzebie Wujcia w
Krakowie. Prowadził Kardynał Wyszyński, trumna wystawiona była w
kościele Franciszkanów a kondukt przeszedł potem na Wawel, gdzie
Kardynał Sapieha został pochowany w podziemiach katedry. Nie pamiętani,
co robiłam w Krakowie 2 czy 3 tygodnie przed śmiercią Wujcia. Zostałam
dopuszczona do niego, gdy leżał już umierający, nie reagował na
odwiedzających, ale mogłam się przy nim pomodlić. W Krakowie mieszkała
wtedy jeszcze C. Tildy Sapieżyna, wdowa po Wuju Pawle bracie Kardynała i
Waszej Prababuni, wraz z nią była C. Elżbisia jej córka, a w mieszkaniu!
na górze (ul. Pijarska 5) Tila Osterwina z córką Marysią. Odwiedziliśmy
je naturalnie.
Przez, następne lata wakacje spędzałyśmy w Białce, mieszkając na
plebanii u Ks. Jerzego brata Tatusia, który tam był proboszczem. Był to
człowiek bardzo dobry, kochający parafian znający ludzi i ceniony przez
nich, bo żył jak asceta, nie zdzierał za śluby czy pogrzeby, miał bardzo
małe wymagania dla siebie. Gosposia Karolina i prymitywna Franka, to był
cały personel domu, Ks. Jerzy miał pole i w pierwszych latach jeszcze 2
konie, które później sprzedał, dwie krowy, dawały wspaniałe mleko, kury,
ogród i tym wszystkim te dwie kobiety się zajmowały. Do koni był furman,
i gdy pierwszy raz jechaliśmy do Białki, to on przyjechał po nas do
Nowego Targu na kolej. Dopiero w następnych latach uruchomiono autobus,
wtedy też Białka źrebiła się modna i turyści zaczęli zjeżdżać. Za naszym
przykładem zjawiali się mieszkając u gospodarzy (u Pary) Józiowie z
dziećmi, a też cała rodzina Sobańskich i wielu innych. Spacery tam były
śliczne, czy nad rzekę Białkę, gdzie na wyspie rosły rydze, czy w drugą
stronę gdzie też wtedy było dużo grzybów. Dzieci chodziły w bocznym
potoku; łowić raki, które musieliśmy sami gotować, bo gosposia brzydziła
się. Tatuś robił z nami, a gdy ja zaczęłam się oszczędzać, bo byłam w
ciąży (rok 1953) to z dziećmi wyprawy, w góry. Szło się na piechotę, na
Rusinową Polanę gdzie u "Babki" nocowało się na sianie nad oborą z
krowami. Tatuś niósł w plecaku kilka bochenków chleba, a cała rędzina
dzieliła między sobą resztę zapasów. Od babki kupowało się mleko, i
często blisko nad potokiem zbierało się grzyby, jagody itd. Stamtąd
dopiero zaczynała się wyprawa w góry. W latach następnych zabroniono;
góralom wypasać owce i krowy na halach, więc tak skończyły się dobre
czasy, ale zaczął chodzić a raczej jeździć autobus na Bukowinę i na
Wierch Poroniec, co nas bardzo przybliżyło do gór. Nawet dojeżdżało się
do parkingu tylko parę kilometrów oddalonego od Morskiego Oka. Dzieci
bardzo dobrze chodziły po górach. Marysina dziecinie lubiła nosić
plecak, tylko Izabella źle znosiła wyprawy męczyła się łatwiej i nie
bardzo chętnie wybierała się na te wycieczki. Nocowało się po
schroniskach lub chałupach. Na, przepustki można było też wycierać się
na Słowację, co było dużą atrakcją. Stamtąd przynosiło się zdobycz, w
postaci kawonów. Granicą była Łysa Polana.